FUNDAY BOX TRAVEL EDYCJA CZERWIEC 2018

FUNDAY BOX TRAVEL EDYCJA CZERWIEC 2018

Znacie markę Yeah Bunny? Jeżeli tak, to wiecie, że stworzyli comiesięczne pudełko FUNDAY BOX. Jeżeli pierwszy raz o tym słyszycie, koniecznie zobaczcie wpis → FUNDAY BOX - NOWE PUDEŁKO NA RYNKU! OPENBOX KWIETNIOWEJ EDYCJI. Wczoraj kurier dostarczył do mnie czerwcową edycję, która w tym miesiącu jest utrzymana w kolorze niebieskim o tematyce travel. Na pudełku widnieje okno samolotu nawiązując do motywu przewodniego. Zobaczymy czy w środku pudełka znajdziemy fun.



Po otwarciu wieczka, na wierzchu zobaczymy paczuszkę z muszelką i kodem zniżkowym na rezerwacje hotelu przez booking.com. Bardzo fajny pomysł, który przyda się w planowaniu wakacji.


Tak jak w poprzednich edycjach, cała zawartość jest opisana w pięknie wykonanym katalogu z ręcznie wypisanym imieniem. Jeżeli chcemy mieć niespodziankę, lepiej odłóżmy go na bok, zanim zaczniemy odpakowywać pudełko. 



Travel lista dołączona do pudełka to fajna ściąga by sprawdzić swoją walizkę przed jej zamknięciem. Sama robię takie zestawienie przed każdym wyjazdem, ale przeważnie zapominam najbardziej oczywistych rzeczy ;) 



Kolejna karteczka to zestawienie marek znajdujących się w boxie, wraz z ich adresami sklepów internetowych, social media i zniżkami. Jeżeli macie ochotę  którąś wykorzystać to śmiało, są ogólnodostępne.



Tak jak w poprzednich wersjach, tak i w tej znajdują się naklejki. Zabierając w podróż mini zestawy produktów, odlewanych z pełnowymiarowych kosmetyków, często nie można się połapać, która buteleczka co zawiera. Naklejki mogą ułatwić nam tą zagwostkę i problem umycia głowy odżywką i nałożenia po umyciu szamponu na włosy zniknie :D


W niebieskiej kopercie znajdziemy sporo ulotek, voucher do sklepu Yeah Bunny, socialdruk. Jest też jednorazowy kod zniżkowy na przejazd mytaxi, z którego z miłą chęcią skorzystam. 


W końcu ukazuje się niebieska bibułka zabezpieczona naklejką. Czas sprawdzić co znajduje się w środku.



Mamy tutaj:

- wspominane wcześniej naklejki Yeah Bunny
- transparentna kosmetyczka Yeah Bunny z nadrukowanymi różowymi samolotami
- niebieski lakier hybrydowy Mistero Milano
- spray ałunowy z werbeną Maroko Sklep
- Bioderma mały micel wraz z mini kremami z serii Hydrabio
- świeca Aroma Home Caribbean Breeze
- maseczka oczyszczająca Zielone Laboratorium
- ciasteczka Oreo i batonik Milka
- ChaiKola Zero
- Dmuchany jednorożec z miejsce na drinka
- naklejki socialdruk (30% zniżki na naklejki i magnesy z kodem: YhB1n8Y)


Tak prezentuje się cała zawartość. Czy był fun? Dla mnie tak - słodycze już znikły, napój chłodzi się w lodówce, z kodów za pewne skorzystam, a mini produkty wezmę ze sobą w najbliższy wyjazd na weekend. Jednorożec kojarzy mi się z amerykańskim obrazkiem przydomowych basenów, gdzie młodzież robi pool party.  Muszę jeszcze nadmienić, że bardzo podoba mi się szata graficzna pudełka. Wszystko jest spójne i estetyczne.

Box można zamawiać na stronie → www.fundaybox.pl. Lipcowe pudełko, widzę już się wyprzedało. System jest taki, że zaraz po wysłaniu danej edycji FUNDAY BOX, na stronie pojawia się możliwość zamówienia kolejnej edycji - pojedynczo lub w 3 miesięcznym pakiecie. Ilość jest ograniczona zarówno w jednym jak i w drugim przypadku. Na Instagramie FUNDAY BOX ujawniono już temat przewodni edycji lipcowej. Jeżeli jesteście ciekawi, koniecznie sprawdźcie :)
Ulubione kosmetyki czyli po co ostatnio sięgałam najczęściej.

Ulubione kosmetyki czyli po co ostatnio sięgałam najczęściej.

Takiego wpisu w tym roku jeszcze nie było, a już przecież czerwiec! Dawno nie pisałam o produktach, które w danym momencie najlepiej się u mnie sprawdzają i jestem z nich szczególnie zadowolona. Jakoś ostatnio skupiałam się tylko na recenzjach kosmetyków, które zużyłam. Postanawiam to zmienić i co jakiś czas wrzucać wpisy typu moi ulubieńcy. Dziś sporo będzie kolorówki, a w większości produktów, których używam do codziennego, zazwyczaj lekkiego makijażu.


Zacznijmy jednak od pielęgnacji. Tutaj od ponad miesiąca na prowadzenie wyszedł Deep Cleansing Oil z marki DHC kupiony w Japonii (Wiem, wiem, będzie wpis z zakupami) czyli olejek do demakijażu. Powiem szczerze, że moja przygoda ze zmywaniem makijażu olejkiem nie była udana. Stosowałam ten od Resibo, ale u mnie etap czyszczenia buzi musi zakończyć się tym, że skóra jest czyta. Pozostałe po umyciu uczucie tłustości i mgły na oczach były nie do zniesienia. W przypadku olejku DHC nawet makijaż wodoodporny świetnie się rozpuszcza, a zmywając go wodą na twarzy nie zostaje tłusty film i co najważniejsze nie powoduje zamglenia oczu. Marka DHC często wypuszcza limitowane edycje swoich produktów, ja załapałam się na wersję opakowania z Kubusiem Puchatkiem. 

Kolejnym produktem, który stał się moim porannym must have to lift żurawinowy marki Norel. Jest to wersja profesjonalna, przeznaczona do wzmocnienia i napinania skóry twarzy. W sprzedaży stacjonarnej dostępne jest serum żurawinowe, który również ma za zadanie liftingować skórę. Produkt ma konsystencję bogatego żelu, który po nałożeniu na skórę faktycznie daje uczucie wygładzenia. Dobrze się sprawdza jako baza pod makijaż. Nadal jestem wielką fanką płyny micelarnego Sylveco, ale nie będę go pokazywać po raz pięćdziesiąty na zdjęciach. 


Olejek do kąpieli i pod prysznic Roge Cavailles urzekł mnie swoim zapachem, według mnie jest on idealny na ciepłe dni - słodkawy, ale zarazem cytrusowy i orzeźwiający. Mimo, że jest olejkiem do kąpieli dedykowany skórze suchej i wrażliwej dostępny w aptece, niestety na pierwszym miejscu, zaraz po wodzie w składzie znajdziemy mocny detergent. Wybaczam mu to za piękny zapach :) Do włosowych ulubieńców zaliczam szampon do włosów Wierzbicki & Schmidt, Eliksir myjący Paczula Wonna. Zabawna nazwa, szampon z SLS, ale u mnie dobrze się sprawdza. Oczyszcza, nie podrażnia i faktycznie jest wydajny. Skusiłam się w końcu na pełne opakowanie maski do włosów ANWEN. Z przetestowanych saszetek najlepiej sprawdziła się u mnie wersja do włosów niskoporowatych i teraz tylko walczę ze sobą, żeby trzymać ją na włosach dłużej niż te minimalne 3 min ;)


No to czas na kolorówkę i moje minimum, które ostatnio używam. W trakcie ciepłych dni wolę na twarz nakładać podkład mineralny. Moim ostatnim ulubieńcem jest Annabelle Minerals w odcieniu Golden Fair, ale w wykończeniu rozświetlającym. W denku pokazywałam Wam wersję o wykończeniu matującym. Podkład rozświetlający daje na twarzy efekt zdrowej, rozpromienionej  skóry muśniętej słońcem. W pierwszej chwili po otworzeniu opakowania wystraszyłam się połyskujących drobinek, jednak efekt wygląda subtelnie i całość prezentuje się bardzo ładnie. Podkład nakładam pędzlami od Annabelle Minerals, które są bardzo mięciutkie i przyjemnie się z nimi pracuje. Do podkładu mineralnego lubię pod oczy nakładać korektor z Maybelline → KOREKTOR POD OCZY MAYBELLINE INSTANT ANTI-AGE - CZY DA RADĘ UKRYĆ MOJE PODKOWY POD OCZAMI?, który powiem szczerze nawet nie pudruje. Wygląda wtedy lekko i naturalnie, utrzymuje się w przyzwoitym stanie cały dzień. Kolejnym elementem, którego sobie ostatnio nie odpuszczam to podkreślenie brwi. Odkąd sięgnęłam po pomadę do brwi Wibo, ląduje ona na brwiach prawie codziennie. Znajdziecie ją w Rossmannie w 4 odcieniach, zdecydowałam się na odcień Soft Brown. Na grafice na opakowaniu wygląda bardzo jasno, ale nic bardziej mylnego, jest ciemna. Na Intagramie pokazywałam ją w zestawieniu z innymi produktami do brwi, które posiadam. Dalej moimi ulubieńcami do konturowania są cudnie pachnący czekoladą bronzer Too Faced oraz dający piękną tafle rozświetlacz marki Makeup Mekka w odcieniu Glitz. Bywają dni kiedy mam ochotę dodać coś więcej i na oku pojawia się kreska. Ostatnio dzięki eyelinerowi Sailor Moon, którym na prawdę łatwo podkreślić górną powiekę. Nie zamieściłam tu żadnych cieni do powiek, bo nie mogłam się zdecydować, które pokazać i prawdę mówiąc ostatnio mniej ich używam. Jednak jeżeli już się nimi bawię to robię szaleństwa i do tego niezastąpiony jest klej do brokatu od NYX. Położony na niego jakikolwiek błyszczący cień czy brokat trzyma się idealnie i nie zbiera w załamaniach powieki.


Największą grupą są produkty do ust. Zacznę od balsamu do ust Resibo, który zaskoczył mnie bardzo, oczywiście pozytywnie. Nałożony na usta pozostawia  na nich warstwę, która nie jest lepka i utrzymuje się bardzo długo. Nie zauważyłam tej poprawy kolorytu, o której zapewnia producent, ale to nie jest dla mnie priorytetem. Najważniejsze jest to, że usta faktycznie są zregenerowane. Poza tym mamy tutaj przegląd różnych formuł i wykończeń produktów do ust. Zaczynając od miniaturki błyszczyka Too Faced (zaznaczam, że nie przepadam za tym wykończeniem), który jest zamknięty w przeuroczym opakowaniu. Kolor jest iście letni, formuła na szczęście nie jest kleista (tego bym nie przeżyła), a zapach jest przyjemny. Częściej sięgam jednak po matowe wykończenie. Pomadka MAC w odcieniu Mehr, której według mnie bliżej do lekkiej satyny z jej dość kremową konsystencją, przez co bardzo przyjemnie się ją nosi na ustach. Odcień Mehr jest ładnym, neutralnym kolorem, który u mnie lekko podkreśla naturalny kolor ust. Jeżeli chciałam mocniejszy akcent to na ustach ląduje matowa pomadka w płynie od Makeup Mekka. Łatwo się ją nakłada na ustach, po chwili zastyga na mat, mimo to bardzo komfortowo się ją nosi. Moim ostatnim odkryciem jest nowość od Golden Rose, a mianowicie pomadka Soft&Matte. Ciekawe wykończenie, jest bardzo kremowa, ale o matowym wykończeniu. Zastyga na ustach, ale nie całkowicie.


Poniżej od lewej - błyszczyk Pure Peach Too Faced, Soft Mate 110 Golden Rose,  Ultra Matte Lip Pop Sticks Addicted Makeup Mekka, Mehr MAC.


Minirecenzje produktów, które ostatnio zużyłam m.in. Yope, Clochee, Bielenda, Hagi + kilka niewypałów

Minirecenzje produktów, które ostatnio zużyłam m.in. Yope, Clochee, Bielenda, Hagi + kilka niewypałów

Wiem, wiem, całkiem niedawno był przecież taki wpis. Sporo z Was lubi tego typu posty, ba sama lubię czytać recenzję po całkowitym zużyciu kosmetyku. W końcu taka recenzja jest najbardziej wartościowa. Oczywiście zdarzają się wypadki kiedy po kilku użyciach stwierdzamy, że dany produkt nie jest dla nas.

Uzbierało się tego trochę, zabrałam się za porządki w kosmetykach  i na bierząco starałam się zużywać produkty. Sporo produktów poleciało też dalej, bo u mnie się nie sprawdzały lub nie odpowiadały mi ich właściwości. 


Na początek krem do twarzy marki BIOLONICA, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Po szczegółową recenzję zapraszam do wcześniejszego wpisu → KREM PIELĘGNACYJNY DO TWARZY Z KOMÓRKAMI MACIERZYSTYMI JABŁONI BIOLONICA

Krem na noc marki Yase otrzymałam do przetestowania w grudniu. Marka produkuje kosmetyki bez konserwantów, które zaleca się trzymać w lodówce. Zima była trochę niefortunna do tego typu zabiegów, do tego krem na noc u mnie musi być bardzo treściwy. Tutaj dostajemy konsystencje lekkiego serum, ale ciekawych składnikach → INCI: Aqua, Glycerin, Rosa Canina Fruit Oil, Squalane, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, C12-15 Alkyl Benzoate, Olivine Extract, Gluconolactone, Tocopheryl Acetate, Sodium Benzoate, Ubiquinone i zaporowej cenie 249zł. Podejrzewam, że gdybym stosowała krem na dzień w okresie wiosna-lato byłabym bardziej zadowolona. Nakładanie chłodnego kremu o poranku może fajnie odświeżyć w ciepłe dni. Niestety zimą często zapominał iść po krem do lodówki, a sama perspektywa nakładania zimnego kremu zimą była średnio zachęcająca. Według mnie produkt był średnio wydajny, a jego cena jednak skutecznie hamuje przed kupieniem kolejnego opakowania.

Lipowy płyn micelarny Sylveco jest moim ulubieńcem i nie jestem w stanie zliczyć ile opakowań już zużyłam.

Oczyszczająca maseczka dziegciowa Bania Agafi w saszetce jest moją ulubioną maseczką w tej kategorii. Świetny skład → Aqua, Dicaprylyl Ether, Butirospermum Parkii (masło shea), Organic Salvia Officinalis Leaf Extract (organiczny ekstrakt szałwii), Mel (ałtajski miód), Rapa Salt (sól rapa), Pix Liquida Betula (dziegieć brzozowy), Kaolin (glinka porcelanowa), Glyceryl Stearate, Organic Borago Officinalis Oil (organiczny sok ogórecznika ), Cetearyl Alcohol, Sorbitane Stearate, Sodium Cetearyl Sulfate, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Citric Acid i super cena, a do tego super praktyczne opakowanie. Polecam wypróbować jeżeli chcecie dobrze oczyścić cerę bez użycia peelingów. 


Mydła w płynie to u mnie must have! Upodobałam sobie te z Yope przez ich dobrą wydajność, dobry skład i ciekawe opakowania. Moim ulubieńcem pozostaje nadal wersja Wanilia Cynamon. Seria Zimowa zapachowo mnie nie powaliła i dobrze, że była limitowana ;) Uwielbiam kremy do rąk ze Scandia Cosmetics, także podczas targów LNE i wizyty na ich stoisku kupiłam klika ich nowości m.in mydło w płynie z serii COTTON. Piękne, minimalistyczne opakowanie i bardzo dobry produkt. Jedynym minusem jest dość wysoka cena i słaba dostępność (kremy widziałam już stacjonarnie w Krakowie, niestety reszta produktów do kupienia tylko na stronie producenta).


O produktach OlivAloe pisałam już w tym poście → KOSMETYKI OLIVALOE ORAZ OLIVEPLUS - KREM DO RĄK, BALSAM DO UST & KREM DO TWARZY. JAK SIĘ SPRAWDZIŁY? Mam milion pomadek ochronnych w każdej możliwej torebce, plecaku i kieszeni kurtki. Przy przeglądaniu garderoby znalazłam opakowanie po tym balsamie do ust. Był świetny do nawilżania ust, jak i pomocny przy ratowaniu podrażnionego od kataru nosa. Polecam bardzo, dalej do dostania na www.kreta24.pl. Krem pod oczy rozjaśniająco - energetyzujący Clochee był na mojej liście kremów do wypróbowania. Za sprawą Interendo trafił w moje posiadanie :) Niestety moja wymagająca okolica pod oczami nie polubiłam się z tym kosmetykiem. Nie nawilżał wystarczająco - na noc trzeba było go nałożyć grubą warstwą, ale to się mijało z celem, bo nie dał rady się wchłonąć całkowicie i rano miałam białą skorupę pod oczami. Rano nie polubił się z korektorami - albo się na nim rolowały, a jak już wyczułam ilość i odczekałam, aż się wchłonie to korektor wyglądał strasznie sucho. Niestety ta wersja mnie nie zachwyciła, a za cenę 129zł, osoby szukające lekkiego kremu pod oczy mogą kupić przynajmniej 2 bardzo przyzwoite. Normalizujący żel do mycia twarzy Vianek kupiłam za namową Pani ekspedientki na stoisku Sylveco podczas Ekotyków. Była to dobra edycja, żel okazał się bardzo dobry. Oczyszczał, odświeżał i był przy tym delikatny. Witaminowy krem do twarzy w wersji energetyzująco-odżywczym z Norela to mój ulubieniec do którego wracam co jakiś czas. Pięknie pachnie, dobrze nawilża i odżywia skórę, używanie go to czysta przyjemność. Aktualnie kupiłam serię Face Rejuve, ale niedługo wrócę do witaminowej serii kremów.


Hudosil był moim ulubionym kremem do rąk do czasu gdy poznałam kremy z Masłem Shea. Sam Hud Salva zostawia mocno tłustą warstwę i polecałabym go jako maska na noc. Nie ukrywam, że z Bielendą mi jakoś nie po drodze. Tym bardziej zaskoczył mnie ujędrniający olejek w kremie do ciała, bo to na prawdę fajny kosmetyk z olejkami w składzie na początku. Lekko, ale przyjemnie pachnie kokosem, dobrze się wchłania i nawilża, a do tego w przyzwoitej cenie. Kolejny balsam zapowiadał się świetnie, ale od razu przy pierwszym użyciu zepsuł się dozownik. Po kilku próbach nieudanej naprawy rzuciłam go w kąt. Swoją drogą wiecie co się dzieje z marką Iva Natura? Chyba wycofali się z polskiego rynku, a szkoda, bo ich krem pod oczy bardzo dobrze wspominam. Kosmetyki Rituals bardzo lubię, ale przeważnie obracam się w ich mini produktach, które zabieram w podróże. Żel po prysznic marki Natura Siberica nie zachwycił mnie zapachem i wylądował po męża stronie łazienki ;) Pierwszy raz miałam produkt marki Miravena. Żel do higieny intymnej był wydajny, ale coś nie tak było z dozownikiem i często butelka była cała w produkcie. 


Lubię raz na jakiś czas zrobić sobie ciepłą kąpiel. A to zimą po zamarznięciu na przystanku tramwajowym, a to po ciężkim dniu, gdy dopada ból głowy. Po wypróbowaniu pudru do kąpieli z bławatkiem marki Hagi, stwierdzam, że nie ma lepszego lekarstwa na migrenę! Faktycznie zapach jaki unosi się w łazience po wsypaniu pudru do wanny daje ukojenie. Nie dziwię się, że polecany jest dla kobiet w ciąży by zaradzić nudnością. Skład jest świetny: Sodium Bicarbonate, Citric Acid, Solanum Tuberosum (Potato) Starch, Manihot Esculenta (Tapioca) Root Starch, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Prunus Dulcis (Almond) Oil, Centaurea Cyanus (Cornflower) Petals, Salvia Lavandulaefolia (Sage) Oil, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower Oil, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Citral*, Limonene*, Linalool*, Geraniol*. Niby puder a napakowany sporą ilością olejków, po których skóra jest przyjemnie nawilżona. Kolejnym przyjemnym produktem było masło do ciała beOrganic. Bałam się zbyt mocnego zapachu szałwii, a przywitała mnie orzeźwiając nuta. Masło było treściwe, ale szybko się wchłaniało i nie pozostawiało tłustej warstwy. 200 ml kosztuje niemało bo, aż 56zł, ale skład jest imponujący. Dla tych którzy szukają dobrego nawilżenia, ale nie lubią używać mazideł do ciała, szczególnie ze względu na tłustą warstwę, którą  pozostawiają na skórze - polecam wypróbować.



Toskańska maska do włosów Planeta Organica na moich niskoporowatych włosach niestety się nie sprawdziła. Polecam ją jednak dla włosów wysokoporowatych, na nich pokazała swoją siłę. Podobnie myślę sprawdzi się na włosach mocno zniszczonych. Próbki masek Anwen, kupiłam już swoje pełne opakowanie dla włosów niskoporowatych. Rosyjski szampon do włosów, otrzymałam od znajomej u której zrobił po użyciu siano na włosach. U mnie też się nie sprawdził. Polecam za to serię szamponów Lavera, a szczególnie ten do włosów cienkich i delikatnych! Kolejne opakowanie odżywki Jantar za mną. Bardzo lubię robić sobie nią kurację co jakiś czas. 


Jeszcze nie zrobiłam wpisu o zakupach w Japonii, a już niektóre rzeczy zużywam. Plastry na nos marki Biore, podobne znajdziecie w marce Marion. Czasem lubię je użyć. Marka Veoli Botanical zaciekawiła mnie podczas targów Ekotyki i chętnie poznam ich produkty. Seria marki Norel Antisress idealnie matuje skórę. Zużyty wosk Heart & Home jest dla mnie idealnym odpowiednikiem mojego ulubionego zapachu Pink Sand od Yankee Candle.


Udało mi się zdenkować podkład mineralny z Annabelle Minerals w odcieniu Golden Fair z serii matującej. Aktualnie mam ten odcień w wersji rozświetlającej i jestem nim zachwycona! Wykończyłam również kredkę do brwi z Golden Rose. Więcej o niej możecie przeczytać → PORÓWNANIE KREDEK DO BRWI - NABLA KONTRA GOLDEN ROSE.


A teraz kilka gagatków, które poszły w świat. Podkład Ideal Match AA Wings, którym zaraz po nałożeniu się zachwycałam. Niestety bardzo ciemniał w ciągu dnia i zaczął się odznaczać. Pomadka Retro Luxe Makeup Revolution po nałożeniu zamieniła się w skorupę, która baaardzo brzydko i nierównomiernie schodziła. Miałam wielkie oczekiwania odnośnie minerałów z Lorigine, w końcu są łatwo dostępne, bo można je kupić w Rossmannie. Niestety rozświetlacz to sam brokat, którym moim zdaniem można wysmarować tylko ciało i to ewentualnie na imprezę nad morzem lub karnawał. A róż do ma niestety zbyt intensywny kolor i u mnie na pewno się nie sprawdzi. Zostawiłam sobie jeszcze podkład do testów, zobaczymy jak on sobie poradzi, bo do najtańszych nie należy.


Baza rozświetlająca AA Wings leżała sobie grzecznie w półce i gdy nagle naszło mnie, żeby jej w końcu użyć, z tubki wyleciała tłusta ciecz... Niestety baza się rozwarstwiła i moim zdaniem tak nie powinno się stać. Serum do ciała z Regenerum byłam ciekawa. Nie ukrywam, że za smarowaniem się balsamami zbytnio nie przepadam. Walczę z tym, ale kiedy widzę, że można to zrobić szybciej i prościej to od razu kusi by wypróbować. Serum w spray'u brzmi kusząca, niestety po naciśnięciu dozownika serum jest wszędzie... Na koniec olejek arganowy Indigo. Jak uwielbiam ich produkty do stylizacji paznokci, tak produkty SPA są średnie. Początkowo byłam zachwycona zapachami, ale już po trzecim razie człowiek zdaje sobie sprawę, że pachną zbyt mocno. Jedyne co mogę dalej używać to Masło Shea, ale dalej tylko do paznokci. 
Neess Baza Peel Off - rewolucja na rynku paznokciowym? Jak wyglądają moje paznokcie po jej użyciu

Neess Baza Peel Off - rewolucja na rynku paznokciowym? Jak wyglądają moje paznokcie po jej użyciu

Zabieram się do tej recenzji jak pies do jeża. Bardzo nie lubię kiedy produkt, w którym pokładałam wielkie nadzieje zawodzi mnie. Niestety, tak jest w przypadku nowości marki Neess, a dokładnie o bazie Peel Off, która reklamowana jest jako innowacja w manicure hybrydowym. Przyznam, że jak uwielbiam hybrydy za ich trwałość, tak nie nawidzę zdejmowania. Zapewne nie jestem w tym osamotniona i wiele dziewczyn jest tego samego zdania. Piłowanie, moczenie w acetonie, wykonywanie wszystkiego ostrożnie i z głową by nie uszkodzić paznokci, ale też by nie bawić się z tym cały dzień. Przez okres dwóch lat doszłam już do jako takiej wprawy, jeżeli chodzi o cały zabieg malowania i zdejmowania hybryd. Jak to się mówi trening czyni mistrza :) Niemniej jednak na hasło - rewolucja w zdejmowaniu hybryd w mojej głowie zapaliła się lampka i chęć przetestowania wzięła górę. 


Na początek kilka podstawowych informacji: 

  • Baza Peel Off w pojemności 8 ml 
  • Na stronie producenta kosztuje 32,99 zł 
  • Można ją już dostać w niektórych znanych drogeriach internetowych


Na stronie Neess o bazie możemy przeczytać:
70% kobiet nie lubi usuwania manicure hybrydowego. Z nową bazą PEEL OFF od NEESS nie będziesz tracić czasu na usuwanie lakierów hybrydowych. Zapomnij o acetonie, wacikach i sreberkach. Koniec z uporczywym usuwaniem hybrydy ze stóp! Jesteś świadkiem prawdziwej rewolucji w świecie lakierów hybrydowych!
Pierwsza baza pod lakier hybrydowy, która nie wymaga utwardzania w lampie UV i umożliwia usunięcie lakieru hybrydowego bez użycia acetonu, czy frezarki! Wystarczy delikatnie podważyć patyczkiem lub metalowym radełkiem, aby usunąć lakier. 
Oszczędzaj czas i zmieniaj manicure hybrydowy tak często jak chcesz! 
Baza jest rekomendowana do krótkich paznokci lub paznokci delikatnie wystających poza opuszek paznokcia. Sprawdza się świetnie na paznokciach żelowych. Jest idealna dla paznokci słabych, ponieważ nie wymaga matowienia płytki paznokcia i użycia primera przed aplikacją. Gumowata struktura bazy, sprawia, że świetnie współpracuje ona z płytką paznokcia.
Zobacz jak prosta jest aplikacja bazy!
  • Nadaj kształt swoim paznokciom, odsuń skórki.  
  • Aplikacja bazy PEEL OFF nie wymaga matowienia powierzchni paznokcia, pod bazę nie stosujemy primera! 
  • Następnie przetrzyj powierzchnię paznokci cleanerem. Chwilkę odczekaj. 
  • Połóż cienka warstwę bazy PEEL OFF, podjedź mocno pod skórki. Zabezpiecz bazą również wolny brzeg paznokcia. 
  • Odczekaj około minuty. Pamiętaj, że baza wysycha samodzielnie, nie utwardzaj jej w lampie LED. 
  • Następnie połóż kolejną warstwę bazy, nie musisz tą warstwę kłaść tak blisko pod skórek.  Odczekaj aż wyschnie. 
  • Na tak przygotowaną powierzchnię połóż cienką warstwę lakieru hybrydowego i utwardź go w lampie LED lub UV. 
  • Następnie połóż drugą warstwę lakieru i utwardź w lampie. 
  • Całość stylizacji zabezpiecz klasycznym topem, utwardź w lampie LED lub UV.
  • Przemyj paznokcie cleanerem.
Usuwanie bazy PEEL OFF to bułka z masłem!
Podważ drewnianym patyczkiem manicure hybrydowy i delikatnie go oderwij, powierzchnię paznokcia przetrzyj cleanerem. Zajmie Ci to zaledwie kilka minut!

Tak to wygląda w teorii, a jak było u mnie? Czytajcie dalej...


Stosując się do zaleceń producenta przygotowałam paznokcie, nałożyłam dwie warstwy bazy Peel Off. Wybrałam lakier Indigo w letnim odcieniu Lady Lion, na wierzch nałożyłam top również marki Indigo. Kondycja moich paznokci według mnie była bardzo dobra. Możecie ocenić sami, wracając do drugiego zdjęcia. 

Lakier na bazie Peel Off miałam na paznokciach dwa tygodnie. Na zdjęciach stan chwilę przed jego zdjęciem - widać, że pomimo zabezpieczenia wolnego brzegu, lakier szybko z niego zszedł. Nie spowodowało to co prawda odprysku, czego przyznam najbardziej się bałam, jednak wyglądało to niefajnie. Druga rzecz to fakt, że należy idealnie pokryć bazę lakierem, a później topem, inaczej w tym miejscu wszystko się przykleja i wygląda to bardzo nieestetycznie. Nie przewidziałam tego, ale w końcu baza nie jest utwardzalna w świetle UV, więc należy pamiętać o precyzyjnym pokryciu paznokcia bazą i kolejnymi warstwami.  


Na koniec najważniejsze - zdejmowanie. Producent obiecuje bezproblemowe i szybkie zdjęcie lakieru na bazie. Całość należy podważyć, a następnie pociągnąć (czego pamiętacie NIE WOLNO robić przy użyciu klasycznych baz do manicure'u hybrydowego!) by zdjąć ją z paznokcia niczym naklejkę. 

Jeżeli czytaliście moje wcześniejsze wpisy lub śledzicie mnie na Instagramie to mogliście widzieć jak na warsztatach marki Neess ćwiczyłam zdejmowanie bazy na wzorniku. Prowadzący radził by drugą warstwę bazy położyć grubiej niż pierwszą, oraz by zdjąć utwardzony już lakier poczekać minimum 15 minut. Wtedy zdejmuje się go ponoć prościej i w jednym kawałku. Mi nie udało się co prawda zdjąć lakieru w jednym kawałku, ale faktycznie dawało się to zrobić w miarę szybko. Na wzorniku zostawała lepka warstwa, którą usunąć należy cleanerem. 

Na moich paznokciach baza z lakierem była dwa tygodnie, więc wydawało się, że zdejmowanie będzie tak proste jak to było w przypadku wzornika na warsztatach. No cóż... 


Podważyć przy skórkach całość dało się dość prosto. Zrobiłam tak jak pisało w zaleceniach producenta - pociągnęłam za odstający już fragment i wtedy moim oczom ukazała się masakra... Razem z bazą odchodziły warstwy paznokcia... Przy pierwszym paznokciu myślałam, że to przypadek, ale niestety było tak za każdym razem, mniej więcej w połowie płytki paznokcia. Co ciekawe końcówki były nienaruszone. Próbowałam również podważać od wolnego brzegu, ale sytuacja była identyczna jak w przypadku zaczynania od skórek. 


Nie chciałam używać acetonu do usuwania lakieru z pozostałych paznokci, bo bałam się, że mogę je jeszcze bardziej zniszczyć. Liczyłam, że z któregoś paznokcia uda mi się obiecane przez producenta bezproblemowe zdjęcie lakieru. Widać na zdjęciach, że warstwy płytki paznokcia zostawały na odrywanych kawałkach lakieru...


Po przetarciu cleanerem nie było lepiej, bo tak na prawdę, po oderwaniu lakieru, pozostałości bazy na paznokciach za bardzo nie było.


Wzięłam bloczek polerski i próbowałam lekko wygładzić powierzchnię paznokci, nie uszkadzając jej bardziej. Od razu sięgnęłam też po zabieg z Masłem Shea i przez kilka kolejnych dni wcierałam je intensywnie w paznokcie. Bałam się nakładać na tak uszkodzoną płytkę hybryd, więc do teraz traktuje je odżywką do paznokci, na zmianę z Masłem Shea i czekam, aż zniszczona część odrośnie. 


Nie widziałam jeszcze by ktoś miał podobny problem ze zdejmowaniem bazy Peel Off marki Neess. Krąży już wiele opinii, że nie trzyma ona się dobrze paznokcia, robi odpryski. Oczywiście znajdziecie też sporo zachwytów. Sami widzicie jak wyglądają moje paznokcie po zdejmowaniu manicure'u na bazie Peel Off. Zrobiłam wszystko zgodnie z zaleceniami producenta, moje paznokcie były przed nałożeniem bazy w dobrym stanie. Ha! Nawet producent podkreśla, że baza jest idealna do zniszczonych paznokci. Co więc mi zostaje napisać? Nie spodziewałam się czegoś takiego.

Jestem szalenie ciekawa czy mój przypadek jest odosobniony. Jakie są Wasze wrażenia i odczucia odnośnie bazy Neess Peel Off?

Copyright © 2014 Not Too Serious Blog , Blogger