Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Co kupić w Tokio? Moje zakupy z Japonii i niespodzianka dla Was.

Co kupić w Tokio? Moje zakupy z Japonii i niespodzianka dla Was.

Zdaję sobie sprawę, że ten post zapowiadam już dwa miesiące. Sama nie mogę uwierzyć w to, że już tyle czasu minęło od powrotu do Polski. Po części blokowała mnie myśl, że gdy opublikuję ten post to będzie koniec... Koniec złudzeń, oglądania zdjęć, przeglądania przywiezionych pamiątek - będzie to zderzenie z rzeczywistością. Przygotowywanie wpisów z serii o Tokio będzie zamknięciem rozdziału z podróżą. 

Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi to na początku maja poleciałam na prawie dwa tygodnie do Tokio. Jeżeli minęła Was moja relacja na Insta Story to na spokojnie, jest ona zapisana i możecie sobie przejrzeć wszystko na spokojnie. 

Przed wylotem zrobiłam rozeznanie i przygotowałam sobie listę kosmetyków, które chciałabym przetestować. Zapisywałam nazwy produktów, marek, adresy sklepów, które chciałam zobaczyć. Patrycja z bloga Interendo zapowiadała, że napisze post, w którym pokaże swoje ulubione japońskie kosmetyki. Niestety opublikowała go praktycznie po moim przylocie :P 

Pakując swoją kosmetyczkę na wyjazd, wzięłam tylko trochę kolorówki. Większość produktów, w tym praktycznie całą pielęgnację chciałam kupić na miejscu. Przecież nie wiezie się drewna do lasu ;) Pewnie jesteście ciekawi jak Japonia wygląda cenowo w porównaniu do Polski. W tym poście odniosę się do cen kosmetyków. Najprościej, jeżeli widzicie ceny japońskich kosmetyków oferowanych przez polskich pośredników, to wiedźcie, że w Japonii kosztują przynajmniej 2/3 ceny mniej. Niemniej jednak kosmetycznie nie poszalałam jakoś wybitnie. Miałam też kilka próśb o przywiezienie konkretnych produktów, do tego prezenty, a bagaż ma ograniczoną pojemność i niestety wagę. Na marginesie mieliśmy kilka kilogramów nadbagażu, ale na szczęście udało się przylecieć bez większych problemów. Chciałabym, tak jak zapowiadałam na swoim Insta Story, zorganizować konkurs dla Was, ale o tym na końcu. Myślę, że nagrody przywiezione z drugiej części świata będą atrakcyjne.

Zaczynając maraton zdjęciowy (postanowiłam większość produktów przedstawić na pojedynczych fotografiach, by uniknąć później opisów "ten trzeci od lewej w górym prawym rogu") na pierwszy ogień idzie ochrona przeciwsłoneczna. Dla mnie koreańskie i japońskie kosmetyki kojarzą się właśnie z kremami i ogólnie produktami z wysokimi filtrami UV. Moje pierwsze kroki do japońskich drogerii były po to by znaleźć kremy z filtrami bez alkoholu etylowego w składzie. Powiem Wam, że nie było to łatwe, bo większość, w tym osławiony nawet w Polsce filtr marki Biore, ma alkohol wysoko w składzie. 


Bardzo długo szukałam Drogerii Rosemary, którą ostatecznie odwiedziłam dzień przed wylotem. To w niej znajdziemy japońską markę kosmetyków Evermere Cosmetics z bardzo dobrym składami. Kupiłam krem UV Moist Tec UV Gel SPF50+.  W tej samej drogerii można było znaleźć całą szafę marki Koh Gen Do. Zastanawiałam się nad podkładem, ale ostatecznie wyszłam z pudrem SPF 50+, który posiada ładny żółty odcień. Kupiłam jeszcze 2 inne filtry bez alkoholu w składzie Isehan Sunkiller Perfect Water Essence SPF50 oraz Curel Kao UV Lotion SPF50.


W Japonii można kupić dużo i bardzo dobrej jakości produktów do podkreślenia oka - eyelinery, tusze i rzęsy. Cienie do powiek z tego co sprawdzałam są słabo napigmentowane i przeważnie perłowe w dziennych kolorach. Zaopatrzyłam się w kilka modeli rzęs, kupiłam eyelinery, w tym ten uroczy z edycji Sailor Moon, a także w zachwalany przez Interendo tusz do rzęs Fasio. Tak na marginesie, zobaczcie jak pakowane są kosmetyki w Japonii. Nikt się do nich nie dobierze, od testowania są testery. Wiem, że to nieekologiczne, tyle plastiku, ale szlag mnie trafia, jak widzę w polskich drogeriach pootwierane kosmetyki!






Marka DHC była również na mojej liście zakupowej. Pooglądałam sobie wszystkie ich kosmetyki w salonie formowym w Shibuya i ostatecznie skusiłam się na ich bestseller czyli Deep Cleansing Oil. Olejek można kupić w standardowej szacie graficznej w opcji mini 70ml i dużej 200 ml. Mnie jednak przyciągnęła piękna limitowana edycja z Kubusiem Puchatkiem. 


Japończycy szaleją za wszystkimi postaciami z bajek. Na każdym rogu można zobaczyć kosmetyki, gadżety ubrania ze znanymi wizerunkami bohaterów Disney'a, Muminków czy ich własnych Anime. Nie mogłam się oprzeć temu mini mydełku, które tak nawiasem mówiąc ktoś mi od razu ukradł z tego silikonowego opakowania w Polsce :(


Na każdym rogu można kupić też kolorowe opakowania mask sheetów. Tak jak pisałam wyżej, nie ma bajkowej postaci, która nie miałaby swojego opakowania :) Robiłam małe rozeznanie wśród maseczek i w końcu zdecydowałam się siedmiopak LuLuLun Face Mask Balance Moisture.


Myślę, że mogę zdradzić, że piankę Shiseido Senka Speedy Perfect Whip, kupiłam z myślą o konkursie dla Was.


Kosmetyki do włosów Shiseido Tsubaki są chyba jednym z najbardziej rozpoznawalnym produktem Japonii. Zdecydowałam się na nową niebieską linię Silky straight and smooth przeznaczoną dla włosów suchych i zniszczonych. Skusiłam się też na złotą maskę Premium i czysty olejke Tsubaki czyli olejek z kamelii japońskiej.




Nie mogłam się oprzeć uroczym opakowaniom perfum w sztyfcie maki Vasilisa. Każdy zapach miał inne zwierzątko na opakowaniu. Lama mnie powaliła opakowaniem, ale lew jednak wygrał zapachem.


Pierwszym produktem, którego szukałam po przyjedzie to krem do mycia twarzy marki BCL AHA Wash Cleansing b. Tak jak pisałam nie miałam ze sobą większości kosmetyków i od razu chciałam zacząć testowanie japońskich produktów. Podobnie kupiłam krem pod oczy Sana Namerakahonpo Wrinkle Eye Cream.



Z Sana wzięłam jeszcze lotion Namerakahonpo Haritsuya Skin Lotion N oraz krem do twarzy Namerakahonpo Cream NA.


Nie obyło się też bez kultowego lotiony Hada Labo z kwasem hiaruanowym. W tym miejscu polecam Wam wpis Patrycji HADA LABO (JAPONIA) VS HADA LABO (RYNEK EUROPEJSKI). CZYLI CZY NA NASZYCH PÓŁKACH STOJĄ TE SAME PRODUKTY?


Dlaczego pokazuję płyn do higieny intymnej? Bo to kolejny przykład produktu, którego nie zabrałam z Polski. Nie wiedziałam jednak, że będzie z tym taki problem. A mianowicie dopiero w trzeciej drogerii udało mi się dostać tego typu kosmetyk i to made in Vietnam.


Z marki Biore wzięłam plastry na nos. Zaskoczyła mnie ilość tego typu produktów, były wszędzie, nawet w sklepach spożywczych. Z kosmetyków to tyle, teraz trochę gadżetów. Wzięłam trochę opakować maseczek w kapsułkach do zrobienia swoich mask sheetów.


Nie mogłam się oprzeć słodkim gąbką czy opaską na głowę. Wzięłam też gąbeczkę Konjac.


Silikonowe maski, które mają podtrzymywać maseczki w płachcie były bardzo popularne, wzięłam więc na próbę. Po ich nałożeniu wygląda się jak z horroru. Opakowania bibułek matujących wzięłam ze względu na piękne opakowania. Zabawne gadżetu musiały być - poniżej naklejki na deskę sedesową.


Duże pałeczki do mieszania zawartości garnka, timer do gotowania jajek czy maskotka na kabel do ładowania telefonu to tylko część dziwnych/śmiesznych rzeczy, które można zobaczyć w Japonii. Sama popłynęłam w sklepie papierniczym, gdzie zakupiłam sporo rzeczy do kaligrafii i pierdółek typu karteczki, naklejki. Przywiozłam również plecak i torebkę i parę innych rzeczy, ale nie będę Was tym zanudzać :)


Japonia to nie tylko kosmetyki czy gadżety, ale przede wszystkim jedzenie. Osobiście tak bym nazwała moją podróż - doznania kulinarne ;) Przywieźliśmy trochę smaczków w tym słodycze i herbaty.



Nie obyło się bez wizyty w Lush, co zaowocowało przywiezieniem dwóch kul do kąpieli, które pachną tak intensywnie, że cała przeszła tym zapachem. 


Tyle z relacji zakupowej. Planuję jeszcze napisać kilka ciekawostek z wyprawy do Japonii, w tym jak się przygotować i co Cię może zaskoczyć. 

A dla Was moi Drodzy Czytelnicy mam niespodziankę - chciałabym podarować zestaw kosmetyków i gadżetów z Japonii. Nagrody nie pokażę, ale tylko dlatego,  żeby osoba, która wygra miała większą niespodziankę. Czytając uważnie tekst, na pewno natrafiliście na wskazówkę ;) Pomyślałam, że jednocześnie ogłoszę konkurs na blogu i na Instagramie. 

Tutaj możecie zgłaszać się poprzez formularz Googla. 




Regulamin:
1. Organizatorem rozdania jest autor bloga nottooseriousblog.blogspot.com. 
2. Produkty są nowe i nieużywane.
3. Koszt wysyłki pokrywa organizator rozdania. Wysyłka tylko na terenie Polski.
4. Aby wziąć udział w rozdaniu należy być osoba pełnoletnią i wypełnić poprawnie formularz zgłoszeniowy.
5. Konkurs trwa od 19 lipca do 29 lipca 2018r. do 23:59, zgłoszenia wysyłane po terminie nie będą brane pod uwagę. 
6. Zwycięzca zostanie wybrany spośród poprawnych zgłoszeń. 
7. Wyniki rozdania zostaną ogłoszone na blogu wciągu 7 dni od daty zakończenia przyjmowania zgłoszeń. Zwycięzce poinformuję również mailowo o wygranej.
8. Czekam 3 dni na przesłanie mi danych do wysyłki. Jeśli nie dostanę odpowiedzi w podanym terminie, wybieram zwycięzce jeszcze raz.
9. Nagroda nie podlega wymianie na żadną inną ani na jej równoważność pieniężną. 
10. Organizator zastrzega sobie możliwość wprowadzenia zmian w regulaminie w wyjątkowych sytuacjach. 
11. Zgłoszenie do rozdania jest równoznaczne z zapoznaniem się i zaakceptowaniem niniejszego regulaminu oraz na przetwarzanie swoich danych osobowych tylko w celu wysłania nagrody.
12. Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz.U. z 2004 roku Nr 4 poz. 27 z późniejszymi zmianami).


Edit
Konkurs wygrywa @joyofjelly


London Calling czyli co zobaczyliśmy w Londynie

London Calling czyli co zobaczyliśmy w Londynie

W Londynie byliśmy we wrześniu, baliśmy się trochę o pogodę. Na szczęście temperatura była znośna, kurtka i sweter obowiązkowo, gdy pojawiło się słońce zza chmur to można było się rozebrać do koszuli. Byłam nastawiona, że cały pobyt będzie lało, na szczęście tylko w pierwszy dzień nas zlało, kolejne dni były już pogodne. Oczywiście parasol cały czas mieliśmy przy sobie, bo chmury na niebie zmieniały się momentalnie i przelotny, chwilowy deszcz się trafił kilka razy. Tak, pogoda na Wyspach jest nieobliczalna :)

Wybraliśmy wrzesień również ze względu na ceny biletów lotniczych. Porównując ceny w sezonie (lipiec - sierpień) to bilety we wrześniu były połowę tańsze. Jeżeli lecimy na lotnisko znajdujące się na obrzeżach miasta, trzeba dostać się do centrum. Wylądowaliśmy w Stansted skąd jadą autobusy bądź pociąg. Warto kupić sobie bilety wcześniej, wtedy są dużo tańsze niż zakupione na miejscu zaraz po wylądowaniu. 

Co najbardziej mnie zaskoczyło w Londynie? Muszę przyznać, że samo ścisłe centrum jest bardzo zielone, jest sporo dużych parków. Jadąc pociągiem z lotniska do centrum mija się wiele zielonych miejsc. Wielki plus za to!


Pierwszym miejscem do którego się wybraliśmy było obserwatorium Greenwich. Zobaczyliśmy południk zerowy oraz tarczę zegara z 24 godzinami.


Mieszkaliśmy w 4 strefie (strefy są liczone według trasy metra a jest ich 9 w Londynie), gdzie spotkać można było głównie polaków. Co krok był polski sklep, masarnia, piekarnia. W sumie czułam się jakbym była dalej w Polsce. W sklepie spożywczym można było kupić dosłownie każdy produkt, który znajduje się w typowym polskim Lewiatanie od Muszynianki, Cisowianki przez Żywca i Tyskie po Sagę, twaróg a nawet drożdże.



Charakterystyczna, czerwona butka telefoniczna, tu akurat bez telefonu :( W większości są również hot spoty, nie widziałam nikogo, żeby z niej korzystał.


Z atrakcji pozwoliliśmy sobie na przejazd kolejką linowa nad Tamizą. Mam lęk wysokości i oczywiście miałam katastroficzne wizje, ale udało mi się nią przejechać :) Widoki były imponujące - wybraliśmy to zamiast London Eye, który jest dużo droższy i trzeba stać w meeeega kolejce po bilety.




W cenie biletu kolejki był rejs statkiem po Tamizie, wysiedliśmy przy London Bridge, gdzie rozpoczęliśmy pieszą wędrówkę przez centrum.





Po drodze spotkaliśmy sporo ciekawych miejsc i ludzi... ;)


Dotarliśmy do Big Bena, chyba najbardziej rozpoznawalnego zegara świata. Osobiście kojarzy mi się z bajką Disneya - Piotruś Pan. Jako dziecko oglądałam ją namiętnie i pamiętam scenę, gdy Piotruś Pan, Wanda i dzieciaki lecieli obok Big Bena :)


Przeszliśmy pod Buckingham Palace, przed brama kłębiło się trochę turystów. Największy zachwyt wzbudzali strażnicy królowej.


Wybraliśmy się do Harrods'a czyli luksusowego domu towarowego. W ogromnym budynku znajdowały się kolekcje Diora, Chanel, Tiffany'ego. Strach było chodzić pomiędzy stoiskami, żeby czegoś nie potrącić. W środku znajdowały się również stoiska z ekskluzywną żywnością, alkoholami i wszystkim co sobie można wymyślić. W toaletach na umywalkach prócz z mydła, można skorzystać z kremu do rąk i perfum :)


Obowiązkowo wstąpiłam do LUSHa - pisałam o tym wcześniej, jeżeli ktoś nie widział to klikamy w link Lush - zabieram was do salonu w Londynie.




Załapaliśmy się na Fashion Week, wszędzie na ulicach modelki, przyszłe modelki i inne dziewczyny, które chciały zaistnieć oraz sporo fotografów. Był problem przejść przez ulicę, żeby nie wejść komuś w kadr.



Odwiedziliśmy też M&M's World - świetne miejsce, niestety ceny kosmiczne :/ 




Zastanawialiśmy się nad kupnem kubków, baliśmy się jednak, że mogą się potłuc w walizkach. Kawa w takim kubku <3




Padliśmy jak zobaczyliśmy Tablicę M&M's. Można było sobie stworzyć własną mieszankę w laboratorium.




Weszłam na chwilę do Primarka, kupiłam sobie kosmetyczkę - kufer, pokażę ją wkrótce. Złapałam jeszcze ciepły szal i koszulkę na fitness i wszystko było po £5. Podlinkuję Wam jeszcze pudełka, które sobie zamówiłam podczas pobytu w Londynie :)


Copyright © 2014 Not Too Serious Blog , Blogger
Icons made by Freepik from www.flaticon.com is licensed by CC 3.0 BY