SENKARA -  polska marka i ich bananowy mus. Czy polecam?

SENKARA - polska marka i ich bananowy mus. Czy polecam?

Jest kilka zapachów, które w kosmetykach bardzo lubię. Jednym z nich jest aromat bananów. Owocowe zapachy sprawiają, że kosmetyk o wiele przyjemniej się używa. Szczególnie jeżeli chodzi o pielęgnację ciała, włosów czy ust. Markę SENKARA poznałam podczas targów Ekotyki. Od razu wypatrzyłam na ich stosiku bananowy mus do ciała. Nie mogłam przejść obok niego obojętnie. A już po odkręceniu testera przepadłam i musiałam go kupić. Czy ostatecznie jestem zadowolona z zakupów? O tym poniżej


Dopiero ze strony senkara.pl dowiedziałam się, że nazwa pochodzi od nazwiska założycielki - dr chemii Elżbiety Senkara. Tym bardziej cieszę się, że kosmetyk jest wyprodukowany przez polską firmę. 



Kremowy mus do ciała o zapachu soczystego banana i działaniu nawilżająco natłuszczającym. Przeznaczony dla skóry suchej, zmęczonej i uszkodzonej. Lekka konsystencja sprawia, że produkt szybko się wchłania, pozostawiając uczucie gładkości, miękkości oraz nawilżenia. Produkt tworzy delikatny film na skórze, dzięki czemu chroni ją przed słońcem, mrozem i wiatrem.


Mus Banana to odpowiednio połączone ze sobą naturalne masła i oleje roślinne stanowiące bogactwo niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych (NNKT), witamin i minerałów. To sprawia, że codzienne stosowanie preparatu na skórę pozostawia ją gładką, jędrną, nawilżoną i głęboko odżywioną.


Najważniejsze składniki Musu Banana i ich działanie:

Masło shea wykazuje działanie pielęgnacyjne - przede wszystkim głęboko nawilża i natłuszcza. Przyspiesza gojenie się ran, podrażnień i stanów zapalnych skóry. Nie alergizuje. Chroni przed procesami starzenia oraz wspomaga utrzymanie wody w komórkach. Działa korzystnie zarówno na cerę suchą (nawilża, natłuszcza), jak i tłustą (łagodzi i odżywia, nie blokuje mieszków włosowych). 

Olej z kokosa zalecany dla skóry suchej i pękającej, jak również dojrzałej i uszkodzonej przez słońce. Działa kojąco, uspokaja skórę nadmiernie podrażnioną i swędzącą. Ma działanie antybakteryjne i przeciwzmarszczkowe.

Olej makadamia jest olejem o bardzo wysokiej biozgodności ze skórą i w związku z tym jest przez nią świetnie tolerowany. Mocno nawilża i odżywia. Bogaty w roślinne fitosterole doskonale penetruje skórę i pomaga odbudować jej naturalną barierę ochronną. Wykazuje działanie przeciwzmarszczkowe i przeciwstarzeniowe dzięki wysokiej zawartości naturalnych antyoksydantów.

Olej z nasion konopii to bogactwo przeciwutleniaczy, protein, fitosteroli, fosfolipidów i minerałów. Jeden z najlepiej nawilżających olejów. Ma bardzo wysoką zawartość niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych (NNKT). Nie tylko doskonale nawilża, pomaga również łagodzić stany zapalne oraz leczyć zmiany skórne.

Masło mango ma bardzo dobre właściwości gojące dlatego z powodzeniem stosowane jest w produktach przeznaczonych do regeneracji suchej i spękanej skóry. Przywraca skórze elastyczność, wygładza ją. Wykazuje działanie przeciwzmarszczkowe. Znakomite w codziennej pielęgnacji.

Sposób użycia: Niewielką ilość musu wmasować w wysuszoną skórę ciała lub twarzy.

Skład: Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Cocos nuciferac (coconut) oil, Glycerin, Cetyl alcohol, Macadamiea ternifolia Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (sweet almond) oil, Cannabis sativa (Hemp) Seed oil, Mangifera Indica (Mango) Seed butter, Tocopherol Acetate, Aroma, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract in Helianthus Annuus Seed Oil, Eugenol*

Cena 35 zł




Zaraz po odkręceniu wieczka opakowania uderza nas zapach bananów. Jest dość intensywny, słodki, ale nie mdły. Jeżeli jesteście fanami bananowych nut - na pewno się nie zawiedziecie. Konsystencja kosmetyku jest dość zbita, na pewno za sprawą Masła Shea na pierwszym miejscu w składzie. Powiedziałabym, że jest bardziej masełkowata niż musowa, ale nabiera się sprawnie. Wyciągniemy z opakowania pożądaną ilość musu bez większych problemów. Kosmetyk łatwo rozprowadza się po ciele, można powiedzieć, że się topi. Niestety zostawia tłustą warstwę i nie wchłania się szybko. Zapach bananów jest po nałożeniu na skórę jeszcze chwilę wyczuwalny. Składniki zawarte w musie są bardzo przyjemne i na pewno ucieszą osoby, które unikają "niepotrzebnej chemii". 


Podsumowując - wielki plus za skład, zapach i to, że produkt jest polski. Po aplikacji należy się jednak spodziewać tłustej warstwy, która na skórze pozostanie na długo. Mus poleciłabym osobom, które mają szczególnie przesuszoną skórę, chcą ją ukoić i odżywić, a także tym, którzy takie tłuścioszki lubią. Dla mnie jest to produkt przyjemny, ale do stosowania zimą, kiedy przy wieczornej pielęgnacji chcę ukoić suche i podrażnione zimnem ciało. Osobiście nie wyobrażam sobie nakładać tego produktu na twarz, jak zaleca producent.  
Denko czyli zużyte ostatnio produkty - m.in.Benefit, BasicLab, Tsubaki, Lumane, Lily Lolo

Denko czyli zużyte ostatnio produkty - m.in.Benefit, BasicLab, Tsubaki, Lumane, Lily Lolo

Ostatnio zużyte produkty opisywane były początkiem listopada. Od tego czasu sporo kosmetyków dobiło w końcu dna, więc czas nadrobić zaległości. Muszę w końcu opróżnić torbę zalegającą w łazience i zrobić miejsce na nowe śmieci ;) A tak serio, takie podsumowanie daje niezły pogląd na to, co na prawdę się sprawdza, a co tylko zalega na półkach. Mobilizuje również do systematycznego zużywania otwartych już produktów i nie otwierania na raz np. pięciu kremów.


Jeżeli chodzi o kąpiel to bardzo nie polubiłam się z zapachem żelu pod prysznic Yope Kokos i sól morska. Uwielbiam wszystko co kokosowe, a tu takie rozczarowanie! Dla mnie ten zapach nawet koło koksa nie stał! Bleee! Był tak ohydny, że nie mogłam do używać. Za to wersja Dziurawiec żelu pozostaje moim jednym z ulubionych produktów do kąpieli. Do tej grupy mogę również podpiąć zmiękczający kremowy żel pod prysznic z sokiem z brzoskwini od Le Cafe de Beaute. Przepięknie pachnie soczystą brzoskwinią i jedyny minus, który mogę mu przypisać to, że dość szybko się skończył. Żele do kąpieli od Yves Rocher wspominam bardzo dobrze, szczególnie świąteczne edycje limitowane.Ta miniaturka była ok, ale zapach był bardzo delikatny. Puder do kąpieli od Closhee Naturals, który mnie urzekł zapachem podczas targów Ekotyki, odrobinę mnie rozczarował wrzucony do wanny. Produkt ma fajny skład, nie jest drogi, bo opakowanie kosztowało coś około 5 zł i zapach jest przyjemny, ale mało intensywny. Nawilżenie było, ale w porównaniu np. z pudrem do kąpieli Hagi czy półkulą od MDM wypadało słabo. Kolejnym rozczarowaniem jest niestety mój wyczekiwany zakup czyli arbuzowa kula do kąpieli od Cherry Shop. Zapowiadała się cudnie. Przez papierek pachniała jak prawdziwy, soczysty arbuz. Jednak po wrzuceniu do wody czar prysł. Po zapachu nie było już śladu, po kąpieli skóra była średnio nawilżona, a do tego cena za to maleństwo to 10zł! Także wielkie meh! Do denka wrzuciłam również peeling Vianka z serii orzeźwiającej. Nie zachwycił mnie zapachem i jakoś niechętnie po niego sięgałam. Błąkał się po wannie już jakiś czas, więc w końcu postanowiłam się go pozbyć.


Plastry z woskiem Veet używam bardzo długo. Jakoś nie pokazuję ich w denkach, ale według mnie to najlepsze plastry na rynku. Zawsze kiedy kupię inne to żałuję, bo więcej z tym problemów niż pożytku. Wersji do skóry wrażliwej używam z powodzeniem również do twarzy. Mydła Yope, a szczególnie to w wersji Wanilia cynamon jest moim ulubieńcem. Olejek Isany jest świetny do domywania gąbeczek. Serum antycellulitowe SPA FIND wypróbowałam raz. Skóra po nałożeniu produktu zaczęła mnie piec, więc odłożyłam go na półkę. Później sobie o nim przypomniałam i sprawdziłam skład. Bodajże na drugim miejscu był alkohol (w sumie czuć to było odrazu po otworzeniu kosmetykach) co na pewno powodowało u mnie podrażnienie. Antyperspirant BasicLab 72h miał być najskuteczniejszy z pośród trzech, które posiada marka w swoim asortymencie. Przyznam, że w ciepłe dnie nie byłam z niego zadowolona i odłożyłam go na bok. Jest bardzo kremowy i długo schnął pod pachami. Wydawał mi się też średnio chronić w ekstremalnych warunkach. Wróciłam do niego zimą i przyznaję, że zmieniłam podejście do niego. Lepiej sobie radzi w chłodniejsze dni i za co daję mu plusa - pielęgnuje skórę pod pachami. Pewnie to za sprawą aloesu w składzie. Na zdjęciu możecie doszukać się również mniejszej wersji kremu do rąk z Masłem Shea od Scandia Cosmetics. Lubię wszystkie wersję, ale najbardziej kupuje mnie mango & papaja. Kremy Scandia Cosmetics są moimi ulubionymi kremami do rąk! Baaardzo dawno temu kupiłam sobie gotowe sreberka do ściągania hybryd. Tak na prawdę to były to chyba moje pierwsze hybrydy i chciałam je usunąć z paznokci. Dlatego kupiłam sobie cały sprzęt do ściągania - aceton, patyczki, pilnik i właśnie te gotowe folijki. Ostatecznie były ok, ale według mnie zupełnie się to nie opłaca. Lepiej samemu zrobić sobie takie z kawałków płatków kosmetycznych i foli spożywczej. Nawiasem pisząc, to chyba mój jedyny produkt z Semilaca.


Wygładzająca odżywka do włosów Tsubaki była na prawdę fajna. Wygodne opakowanie z dozownikiem z pompką, świetny zapach i na prawdę dobre wygładzenie włosów. Kolejnym super produktem jest szampon aloesowy do włosów marki Equilibra. Świetnie nawilża skórę głowy i włosy. Odżywka Charles Worthington również była fajna. Więcej o niej przeczytacie w osobnym poście z recenzją - SERIE SANCTUARY SPA ORAZ CHARLES WORTHINGTON LONDON DOSTĘPNE W HEBE - JAK SIĘ U MNIE SPRAWDZIŁY?


Zużyłam miniaturkę kremu Lumene Intense Hydration, który ma intensywnie nawilżać. Przyznam, że krem był na prawdę przyjemny. Moja skóra na pewno się z nim polubiła, niestety nie jest to produkt z naturalnym składem - znajdziemy w nim np. Phenoxyethanol. Krem pod oczy Nacomi to produkt po który sięgam już stale. Kolejne opakowanie już w użyciu, a pełną recenzję znajdziecie - MAROCCAN ARGAN CREAM, NACOMI ARGANOWY KREM POD OCZY - ODKRYCIE WSRÓD KREMÓW POD OCZY? Płyn lipowy Sylveco to mój ulubieniec jeżeli chodzi o produkty do demakijażu. Za to płyn micelarny z Aloesove mnie jakoś nie porwał. Jako płyn do demakijażu oczu był średni. Lotion Hada Labo z kwasem hialuronowym jest ciekawym produktem. Przywiozłam go z Tokio, gdzie kosmetyk można dostać w każdej drogerii. Posiada znacznie większą gęstość niż zwykły płyn micelarny. Dobrze współgra z później nakładanymi na niego kremami. Olejek z opuncji opisałam wyczerpująco tu - OLEJ Z NASION OPUNCJI FIGOWEJ JAKO KREM POD OCZY? Maseczki w płachcie opisałam tu - KOREAŃSKIE MASECZKI W PŁACHCIE BORNTREE Z DROGERII KOREANUNICORN. Z kolei pozostałe również fajnie się sprawdziły. Nałożenie maseczki wieczorem na twarz to zrobienie sobie małego SPA w domu. Bezcenna chwila relaksu.


Z próbeczek jestem zadowolona. Szczególnie zaciekawił mnie złoty olejek z Hagi. Woski z Heart & Home niestety mnie rozczarowały. Piękne opakowania niestety nie przekładają się na jakość zapachu. Z kolei wosk Vanilla Lime od Yankee Candle to piękna kompozycja słodko świeża. Poznałam ją kiedyś w małej świecy, którą wygrałam i powiem, że wosk pachnie równie pięknie. Nowością dla mnie jest wosk marki Organique. Zaskoczył mnie swoją intensywnością i mam ochotę poznać pozostałe wersje zapachowe.


Bardzo podoba mi się zapach Thierry Mugler Alien. Kolejna buteleczka jest już na półce. Pomadka od KIKO wylądowała w denku, niestety dlatego, że zmieniła swój zapach.  Bardzo mnie to zirytowało, bo kupiłam ją stosunkowo niedawno. Żel Gimme Brow od Benefitu ma super precyzyjną szczoteczkę do rozczesywania brwi. Kredka od Catrice była fajna, ale odkąd poznałam produkty Golden Rose to leżała nieużywana. Podkłady mineralne są moimi faworytami jeżeli chodzi o szybki makijaż. Wersja Popcorn od Lily Lolo to moje kolejne wykończone opakowanie. 
Skin Food marki Weleda. Jak sprawdziły się u mnie masło do ciała i ust?

Skin Food marki Weleda. Jak sprawdziły się u mnie masło do ciała i ust?

Ponad miesiąc temu dostałam do przetestowania dwa produkty marki Weleda -  Lip i Body Butter z serii Skin Food. Postaram się Wam dziś opisać, jak się u mnie sprawdziły i co o nich sądzę. Weleda to niemiecka firma, którą kojarzyłam wcześniej z internetu, ale sama nie miałam z nią jeszcze do czynienia. 





Na pierwszy ogień pójdzie Body Butter, które zamknięte jest w 150 ml słoiku. Lubię tego typu opakowania, szczególnie do ciała, bo łatwo jest nabrać odpowiednią ilość i do tego cały czas można kontrolować zużycie produktu. Dodatkowym atutem jest dla mnie zabezpieczające sreberko. Mały akcent, a wiadomo, że otrzymujemy nieotwierany wcześniej produkt. 

Masło jest bardzo gęste, ale nie ma większych problemów by nabrać je z opakowania palcami. Pod wpływem ciepła dobrze się rozpuszcza i w porównaniu np. z czystym Masłem Shea nie pozostawia bardzo tłustej warstwy. Kosmetyk dobrze się rozprowadza po całym ciele, wchłania się szybko, zostawiając nawilżoną skórę, bez tłustego filmu. Zapach jest przyjemny, świeży, powiedziałabym, że nawet orzeźwiający. Muszę się przyznać, że często pomijam w pielęgnacji smarowidła do ciała. Niemniej jednak podczas zimy moja skóra robi się szczególnie kapryśna i potrzebuję nawilżenia. Masło do ciała Weleda używało mi się na prawdę przyjemnie. Radziło sobie z zaspokojeniem mojej skóry i sprawiało, że była ukojona. Przez swoją konsystencję jest bardzo wydajne.

Skład możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej - jest na prawdę przyjemny. Na początku widzimy olej z nasion słonecznika, masło kakaowe, Masło Shea i ekstrakty z rozmarynu, rumianku czy nagietka.

Cena to około 70 zł.







Produkty pielęgnacyjny do ust to u mnie podstawa, dlatego mam co do nich duże wymagania. Dosłownie NIE CIERPIĘ mieć spierzchniętych ust, dlatego w każdym możliwym miejscu mam coś do ich pielęgnacji. Przy mrozach jest to szczególnie ważne! 

Masło do ust Weleda zamknięte jest w małej tubce, która jest bardzo praktyczna w użyciu. Aplikator jest zaokrąglony - tutaj, jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to sama wolę kiedy aplikator jest ścięty. Łatwiej mi zaaplikować wtedy produkt na wargi. Konsystencja jest wazelinowa, nie jest bardzo zwarta, jest tłusta, ale nielepiąca. Po aplikacji, warstwa zostaje na ustach, nie wchłania się. Przy stosowaniu kosmetyku podczas mrozów, wykonał on swoje zadanie - czyli zabezpieczył skórę ust przed mrozem. Zapach masła niestety jest nijaki. Przyznaję miałam już ładniej pachnące pomadki ochronne. Za to skład jest bardzo przyjemny. Do tego jest bardzo wydajne.

Cena za 8 ml to około 30 zł




Oba kosmetyki mają przyjemny skład i spełniły swoją rolę jako produkty pielęgnacyjne. Wydaje mi się, że jednak masło do ciała przekonało mnie do siebie bardziej niż to do ust. Wolałabym bardziej pachnący produkt, o twardszej konsystencji i chyba ładniejszym opakowaniu. Pewnie po taki sięgnęłabym w pierwszej kolejności w sklepie. Nie czyni go to jednak złym produktem. Po prostu mam chyba inne preferencje. Masło do ciała natomiast bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Mimo, że ma delikatniejszy zapach w porównaniu, do np. bananowego, który ostatnio używałam, to bardziej podoba mi się jak zachowuje się na skórze. To, że nie zostawia tłustej warstwy, a mimo to pielęgnuje i odżywia jest jego wielkim atutem. 


zBLOGowani.pl
Peeling kawowy marki Skin Team - Waniliowe Cappuccino. Jak się u mnie sprawdził?

Peeling kawowy marki Skin Team - Waniliowe Cappuccino. Jak się u mnie sprawdził?

Nie jestem fanem mocnych peelingów do ciała, a tym bardziej do twarzy. Niemniej jednak raz na jakiś czas warto pozbyć się martwego naskórka i dodatkowo pobudzić krążenie przez masaż ciała. Jeżeli do tego jeszcze dodam, że dobra kawa nie jest zła, może powstać z tego o opisu coś ciekawego. Czy w takim razie peeling marki Skin Team, który dostałam do testów podczas spotkania Meet Bloggers, jest ciekawym produktem?  


Przyjrzyjmy się najpierw co o produkcie pisze producent.

Peeling w odsłonie WANILIOWE CAPPUCCINO 100g
otuli Twoją skórę nieziemsko słodkim aromatem kawy i wanilii
Ponadto aktywnie zadba o piękno i zdrowie Twojej skóry:


  • skutecznie usuwa martwy naskórek, wygładza, odżywia i ujędrnia skórę – do każdego rodzaju skóry
  • na bazie oleju z pestek winogron, powszechnie znanego z właściwości ochronnych przed działaniem czynników zewnętrznych, hamującego procesy starzenia skóry
  • daje zastrzyk energii komórkom skóry, zawiera witaminy młodości (D,E, A)
  • dzięki zawartości kofeiny pomaga redukować cellulit i rozstępy
  • zawiera sól himalajską, która poprawia krążenie krwi oraz wspomaga usuwanie toksyn z organizmu
  • dzięki olejowi ze słodkich migdałów pomaga łagodzić pozostałości po zmianach skórnych (w tym blizn potrądzikowych), wyrównuje koloryt skóry
  • poprawia wchłanialność innych kosmetyków, wzmacnia ich działanie
  • relaksuje skórę po treningu lub ciężkim dniu
INCI: COFFEA ROBUSTA,SUCROSE, SODIUM CHLORIDE, RICINUS COMMUNIS OIL, VITIS VINIFERA SEED OIL, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS OIL, MACADAMIA TERNIFOLIA SEED OIL, ARGANIA SPINOSA OIL,BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER, TOCOPHERYL ACETATE , PARFUM, HEXYL CINNAMAL, BUTYLPHENYL METHYLPROPIONAL, CITRONELLOL, ROSE KETONES, GERANIOL, HYDROXYISOHEXYL 3-CYCLOHEXENE CARBOXALDEHYDE, CITRAL.

Nie testowany na zwierzętach.
Polski produkt, w 100% wyprodukowany w Polsce.

Cena za 100 g 34,90 zł


Nie znałam wcześniej marki Skin Team i przy pierwszym zetknięciu z opakowaniem peelingu, pomyślałam, że jest to coś w rodzaju odżywki białkowej lub koktajlu odchudzającego. Mocno kojarzy się z produktami fit i siłownią. Do kosmetyku dołączona była drewniana łyżeczka. Osobiście projekt opakowania nie przypadł mi do gustu i powiem szczerze, że nie przykuł by mojej uwagi na sklepowej półce. Pewnie sięgnęłabym po inny peeling kawowy w bardziej estetycznym (w moim odczuciu) opakowaniu. 

Wybrałam wersję zapachową Waniliowe Cappuccino, nie bez powodu - uwielbiam ładnie pachnące produkty podczas kąpieli. Niestety po otworzeniu opakowania, zapach mnie rozczarował. Był mdły, mało intensywny, nie przypominał wanilii. Może winą był termin przydatności - na opakowaniu widać, że peeling został wyprodukowany początkiem 2017, a ja otworzyłam opakowanie dwa miesiące przed upływającym terminem przydatności.

Kosmetyk mogę uznać za mocny zdzierak, na skórze wyraźnie czuć drobinki kawy i soli. Po zmyciu wodą produktu, na skórze pozostają brązowe plamki, które musiałam umyć jeszcze raz żelem. Na skórze nie czułam tłustej warstwy olejków, czym przyznam czuje się trochę zawiedziona.



Podoba mi się, że peeling został wyprodukowany w Polsce, a także, że nie był testowany na zwierzętach. Skład również jest bardzo przyjemny i nie mam do czego się przyczepić. Co do ceny - na rynku możemy znaleźć i droższe i ciut tańsze peelingi kawowe. Oczywiście, że produkt tego typu można przyrządzić samemu w domu. Jednak większości pewnie się nie chce i woli sięgnąć po gotowy produkt. Nie będę ukrywać, że jestem właśnie jedną z tych osób. Niemniej jednak po mocne peelingi sięgam niezwykle rzadko i częściej używam po prostu rękawicy KESSA do masażu.



Moje pierwsze zamówienie z Colourpop i niespodzianka od Drogerii Pigment

Moje pierwsze zamówienie z Colourpop i niespodzianka od Drogerii Pigment

Amerykańską markę kosmetyczną Colourpop obserwuję od dłuższego czasu. Niestety nie jest ona dostępna w Polsce stacjonarnie i jedyna możliwość jej kupienia to zamówienie przez oficjalną stronę e-sklepu colourpop.com. Dlaczego tak bardzo chciałam ją mieć? Powodów jest kilka - czytałam bardzo dobre opinie o jakości, ceny są na prawdę zachęcające i do tego marketing marki jest ba bardzo wysokim poziomie. Nie ukrywam również, że fakt, iż produkt są ciężko dostępne, również oddziaływuje na chęć posiadania. Kolaboracje z ciekawymi artystami czy ostatnia kolekcja Disney wpływają na dobry odbiór marki i stawiają ją wysoko w rankingu. Jakim rankingu zapytacie? Na pewno w moim! Bardzo chciałam poznać jak pracuje się z produktami Colourpop. Zakupy międzynarodowe wiążą się jednak z dużym kosztem przesyłki, więc czekałam na informację o darmowej wysyłce międzynarodowej niezależnie od wydanej kwoty. Tak, pewnego wieczora popełniłam zakupy, które ostatecznie stały się moim Świątecznym prezentem.


Starałam się nie przegiąć z ilością produktów, nie tylko ze względu na moje zapasy kosmetyczne, ale i by nie wpaść w dodatkowe opłaty związane z cłem itp. Ostatecznie za całość wyszło około 40$. Dodatkowo do zakupów otrzymałam gratis miniatury dwóch olejków do pielęgnacji. A na co się skusiłam?


Oczywiście nie mogłam przejść obojętnie obok kolekcji Disney. Kusiła bardzo paletka It's a Princess Thing, której ostatecznie nie dodałam do koszyka. Spodobała mi się bardzo pomadka w odcieniu Belle, ale niestety była w tamtym momencie wyprzedana. Ostatecznie padło na cień Super Shock Shadow w pięknym różowym kolorze Be Our Gest. Formuła tego cienia jest na prawdę unikatowa, jest lekko kremowy i daje piękną mieniącą się poświatę na skórze. Jego cena to 5$. Z serii Disney wzięłam jeszcze Part of Your Word Super Shock Highlighter, piękny rozświatlacz z różowymi tonami, który formułą przypomina wcześniej opisywany cień. Jego cena to 8$.









Chciałam poznać jak najwięcej produktów z asortymentu Colourpop, także do koszyka dodałam jeszcze korektor No Filter Concealer. Wybór odcieni jest imponujący - jest ich aż 30! Wybrałam ostatecznie Light 10. Korektor jest matowy i mocno napigmentowany. Jego cena to 6$. Nie mogło się obyć bez produktu do brwi - padło na pomadę. Tutaj spektrum również jest szerokie, bo do wyboru mamy 9 odcieni. Po przeanalizowaniu zdjęć na internecie, wzięłam Bangin' Brunette, który wydaje się ciemnym, ciepłym brązem. Na żywo wygląda ciut chłodniej i bardzo dobrze. Nałożona na moje brwi dobrze się z nimi kolorystycznie scala. Cena to 6$. Z produktów do ust wybrałam Lippie Stix Happy Thoughts w pięknym różowo-fuksjowym odcieniu. Odkąd przyszła paczka z zamówieniem, cały czas noszę ją na ustach. Jej cena to 5,50$










Z paletek ostatecznie zdecydowałam się na nowość czyli współpracę Colourpop z Bretman. Najbardziej użytkową wydała mi się paletka Lit. Oczywiście nie było prosto, bo tak na prawdę każda z paletek jest małym arcydziełem. Jak tak patrzę na tą paletkę Lit to brakuje mi w niej jedynie intensywnego czerwonego matu. Paletka kosztuje 12$.




Swatche błyszczących cieni - od lewej: She Got Money, Mercy i Bading



Chciałam jeszcze pokazać miłą niespodziankę, którą wysłała do mnie Drogeria Pigment przed Świętami. Jeżeli ten post czytają pracownicy Pigmentu - to jeszcze raz bardzo dziękuje! Jestem bardzo ciekawa nowości marki MakeMeBio - serum różane zapowiada się bardzo fajnie dla mojej cery. Pamiętam, że miałam mydło z Yope o zapachu lipowym. Ciekawe jak się sprawdzi żel o tym zapachu. Pianka It's Skin bardzo mnie ucieszyła. Dotychczas miałam okazję używać ich miniaturki, a to za sprawą Interendo. Aloesowe produkty bardzo lubię. Intryguje mnie również naturalna pasta do zębów. Peeling do stóp i maska do dłoni od Elpha Pharm powędrowała do mojej mamy - zobaczymy czy będzie z nich zadowolona. 



Copyright © 2014 Not Too Serious Blog , Blogger