Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lush. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lush. Pokaż wszystkie posty
Nowości kosmetyczne ostatnich miesięcy - m.in. zamówienie z MintiShopu i Drogerii Pigment

Nowości kosmetyczne ostatnich miesięcy - m.in. zamówienie z MintiShopu i Drogerii Pigment

Dawno nie było takiego postu, a wiem, że lubicie przeglądać zakupy i nowości kosmetyczne. Taki wpis jest też dla mnie by uzmysłowić sobie ile przybyło mi produktów. Część pokazywałam Wam już na Instagramie, postanowiłam jednak zrobić jeszcze podsumowanie na blogu - także zapraszam dalej :)

Jeszcze w styczniu odwiedziłam Drogerię Pigment stacjonarnie, by skorzystać z uzbieranych pieczątek i nabyć produkty z kosmetycznej listy. Na liście były produkty do uzupełnienia - jak na przykład podkład mineralny Annabelle Minerals, ulubione szampony z Equilibra i brzoskwiniowy żel pod prysznic. Do koszyka dorzuciłam odżywki do włosów z Cafe mimi. Chciałam wypróbować podkład z Golden Rose Total Cover - wzięłam więc odcień 05 i 03. Skusiłam się też na produkty Ibra - kępki i gąbeczkę, a także na pędzel Hulu do odcięć cut crease na powiece. 



Poniżej możecie zobaczyć ogrom rzeczy, które wysłała mi Basia - www.basia-blog.pl, po tym jak ja wysłałam jej skromną paczkę z cukierkami ;) Pytała mnie czy nie chcę czegoś z jej zapasów kosmetycznych plus odlewki produktów, którymi dysponuje - napisałam jej, że nigdy nie używałam pigmentów Kobo i cieni marek z Drogerii Natura. Przychodzi paczka, a tam mnóstwo produktów!  Dostałam jeszcze odlewkę kremu do rąk Resibo, mixera z NYX i kremu pod oczy Martina Gebhardt. Jeszcze raz dziękuje Ci Basiu bardzo :) 





Część urodzinowo-prezentowa :) 
Wizyta w Lushu skończyła się wyjściem z dwiema kulami do kąpieli i maseczką do twarzy Rosy Cheeks. Zamówienie z Colourpop to również część prezentu od męża :)


A prezent ode mnie dla mnie to perfumy Givenchy Ange ou Demon Le Secret, które użyłam w dniu ślubu i stwierdziłam, że chcę do nich wrócić, bo dobrze mi się kojarzą :)




W Galerii Krakowskiej jest otwarty sklep Bath & Body Works. Niestety niedawno przechodząc tamtędy zobaczyłam promocję na wszystkie mydła. Mimo, że aktualnie uwielbiam mydła Yope, to produkty Bath & Body Works mają obłędne zapachy. Cena 11 zł skusiła mnie do nabycia dwóch piankowych mydeł. Dla przypomnienia, standardowa cena mydła to około 30 zł.


Na włoskim lotnisku znalazłam szafę marki MULAC - www.mulaccosmetics.com. Najbardziej w oko wpadł mi płynny rozświetlacz, który daje niesamowitą poświatę na skórze. OMG Rose przyjechał ze mną do Polski :)


A na koniec moje zamówienie z mintishop.pl, które zrobiłam tak na prawdę przez Pinkishbeauty. Na swoim Instagramie podzieliła się kodem rabatowym na -25% na markę BLEND IT. Okazało się, że kod wszedł na cały asortyment. Resztę widzicie na zdjęciu ;)


Do nowości na pewno jeszcze mogę zaliczyć zakupy podczas Ekotyków - możecie je zobaczyć w tym wpisie RELACJA Z WIOSENNEJ EDYCJI TARGÓW EKOTYKI 23/24 MARCA 2019 ORAZ MOJE ZAKUPY - DUŻO ZDJĘĆ!
Denko czyli ostatnio zużyte produkty w minirecenzjach! M.in. Lush, Only BIO, Nabla, Blend it!, Serum ze złotem i szampon ze ślimakiem.

Denko czyli ostatnio zużyte produkty w minirecenzjach! M.in. Lush, Only BIO, Nabla, Blend it!, Serum ze złotem i szampon ze ślimakiem.

Wiem, wiem, pokazuję śmieci. Jednak jak dla mnie to najlepszy sposób na zebranie zużytych produktów i napisanie o nich kilku słów. Bezsensu byłoby rozpisywanie się o każdym produkcie z osobna, chociaż bywa i tak, że od czasu do czasu pełna recenzja się ukazuje. Szczególnie jeśli produkt na to zasługuje :) Przejdźmy w takim razie do przeglądu poniższych kosmetyków. Może Was coś zainteresuje lub poznacie jakieś nowe produkty. Dajcie znać w komentarzu! 


Z kąpielowych produktów jestem w całości zadowolona. Wersji zapachowej Dziurawiec jest moim faworytem spośród żeli pod prysznic Yope. Tu nie mam do czego się przyczepić konsystencja, wydajność, wygląd opakowania - wszystko jest na tak! Tym bardziej, że można go dostać już w cenie około 14 zł za 400 ml. Peelingi do ciała Body Boom miała w wersji mini i oba zapachy mi się podobały. Banan jaki i mango pachniało bardzo przyjemnie. Po kąpieli zapach roznosił się po całym mieszkaniu. Kawowy peeling z drobinkami soli to mocne zdzieraki, a zawarte w składzie olejki zostawiają skórę nawilżoną. Z LUSH zużyłam dwie kule do kąpieli - The Comforter i Intergalactic. Pierwsza różowa, pięknie pachnąca i dająca dużo piany. Druga z brokatem, która rozpuszczając się robi tęcze i równie pięknie pachnie. Z kulami z LUSH jest tak, że pachną mega intensywnie. Swoje zakupiłam w maju, a zużyłam dopiero we wrześniu. Przez ten czas zapach stracił dużo na intensywności, dlatego nie warto ich odkładać na długo, ani według mnie robić sporych zapasów.


Mydła w płynie Yope są już stałym bywalcem czy to u mnie czy to u mojej mamy. Zawsze muszę mieć jakiś zapas i przeważnie robię je przy jakieś większej promocji. Podobnie jak żel opisany powyżej, tutaj też nie mam się do czego przyczepić. Jeżeli czytacie mojego bloga, to na pewno zauważyliście, że praktycznie w każdym tego typu pości znajduje się przynajmniej jedno opakowanie mydła Yope :)


Smarowidła do ciała u mnie są traktowane trochę po macoszemu. Niby lubię, ale często zapominam. Na pewno bardzo dobrze używało mi się masła do ciała kwiat wiśni i róży od Wellness & Beauty. Dostaniecie go w Rossmannie za ok 15zł. Ma na prawdę przyjemną konsytencję i piękny zapach. Przyznam, że odkręcane opakowania zdają u mnie egzamin, jeżeli chodzi o balsamy czy masła do ciała. Próbka brązującego balsamu z Palmer's jest tak na prawdę sporych rozmiarów i starczyła na kilka użyć. Produkt ma bardzo mocny zapach, który kojarzy mi się z super słodkimi perfumami. Unosi się on cały dzień po aplikacji na skórę, co jednym może się nie podobać. Mi zapach odpowiadał mimo jego mocy. Zaznaczam, że nie jest to typowy samoopalacz, który od razu pozostawia pomarańczowy kolor na skórze. Daje raczej lekki efekt, ale nie trzeba się bać o plamy. Próbka balsamu do ciała marki D'Alchemy dołączona była bodajże do gazety ELLE. Kupiłam, bo byłam szalenie ciekawa czym mnie może zaskoczyć balsam za ponad dwie stówy. Co mogę powiedzieć, po zużyciu 15 ml? Kosmetyk ma bardzo lekko formułę, pachnie cytrusami i szybko się wchłania. Zaglądając na stronę producenta, dowiedziałam się, że tą próbkę można zakupić u nich na e-sklepie - uwaga! W cenie 59zł. Cieszę się, że mogłam przetestować produkt, ale jednak cena mnie nie zachęca do zakupu.


W pielęgnacji twarzy dna dobił peeling enzymatyczny Norel. Zakupiony był w pojemności gabinetowej i nie chciał się skończyć :) Bardzo lubię produkty marki Norel i ten kosmetyk zapewne powróci na łazienkową półkę. Płyn micelarny Only Bio zamknięty jest w masywną, szklaną butelkę z dozownikiem zakończonym pompką. Jest to wygodne rozwiązanie jeżeli chodzi o domową łazienkę, ale absolutnie nie praktycznie przy podróżach, ponieważ opakowanie jest bardzo ciężki i do tego istnieje ryzyko rozbicia. Kosmetyk był wydajny, zmywał przyzwoicie, ale z tuszem miałam wrażenie nie szło mu tak dobrze. Skusiłam się też wypróbować dwuetapową pielęgnację oczyszczanie i serum do cery tłustej Le Cafe mimi. Osobno mamy maskę, która ma usuwać nadmiar sebum, oczyszczać pory i dodatkowo uspokajać podrażnienia. W osobnym pojemniczku mamy nawilżające serum do twarzy. Mimo małej pojemności spokojnie można  wykonać zabieg około trzy razy. Po użyciu skóra faktycznie jest oczyszczona i nawilżona, a na drugi dzień make up trzyma się lepiej. Krem na noc z O2Skin to moje drugie zużyte opakowanie. Podobnie jak poprzednio jestem zadowolona. Krem dobrze nawilżał skórę. Kolejny zużyty produkt to GlySkinCare - Serum kolagenowe ze złotem. Dostałam go do testów podczas spotkania blogerskiego i chwilę leżał w zapasach. Jakoś nie wierzyłam w obietnice producenta jakoby miał cudownie nawilżać skórę itd. Wzięłam go jednak do pielęgnacji skóry i stosowałam pod krem rano i czasem wieczorem. Tu musze przyznać, że ma super lekką, wodnistą konsystencję, która faktycznie dobrze współgrała z kremami, które później nakładałam. Skóra faktycznie polubiła się z tym produktem. Krem marki Bartos Ruby Vine znalazł się tutaj, ponieważ się rozwarstwił. Czekał sobie grzecznie na swoją kolej w zapasach i przy próbie zadozowania kremu, produkt tryskał na wszystkie strony. Po otworzeniu okazało się, że krem się rozwarstwił. Napisałam do producenta, przedstawiając mu całą sytuację. Dostałam informację, że sprawdzili partię i nic nie wskazuje by coś się działo na producji i prawdopodobnie zawiódł węzeł dostawczy. W każdym razie dostałam nowy krem, co jest bardzo miłym gestem. Z tym na szczęście jest wszystko w porządku, zaczęłam go już nawet używać.


Włosowa pielęgnacja to zestaw marki Halier. Pełną recenzję znajdziecie w tym wpisie → DUET DO PIELĘGNACJI WŁOSÓW Z KOLEKCJI FORTESSE MARKI HALIER.   Świetnym produktem okazała się również odżywka do włosów delikatnych DUCRAY EXTRA-DOUX. Faktycznie po jej użyciu włosy miękkie i nawilżone. Nie puszyły się i nie elektryzowały, a do tego łatwo się rozczesywały. Niestety kolejna odżywka Tsubaki przywieziona z Japonii, sięgnęła dna. Ta odżywka ma w sobie silikony, ale używa na końce włosów, bardzo fajnie je dociąża i do tego ma piękny, intensywny zapach, który długo utrzymuje się na włosach. Dna sięgnął również szampon marki _Element z filtratem śluzu ślimaka. Nie zawiera on SLS, a sam filtrat jest wysoko w składzie. Faktycznie nie przesusza skóry głowy, a dobrze ją oczyszcza. 


O dziwo, tym razem z kolorówki też mam kilka produktów. Dna sięgnęła niestety kredka do brwi Nabla w odcieniu Jupiter. Więcej o niej przeczytacie → PORÓWNANIE KREDEK DO BRWI - NABLA KONTRA GOLDEN ROSE. Dna sięgnęła również matowa pomadka w płynie Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick w odcieniu 03. Muszę podkreślić, że zdenkowanie pomadki to na prawdę coś. Prócz ochronnych rzadko zdarza mi się to zrobić. Do kosza idzie tusz do rzęs L'Oreal Paradise Extatic. Ma piękne opakowanie, bardzo dużą szczoteczkę i daje piękny efekt pogrubionych rzęs. Wszystko pięknie, tylko ma jedną zasadniczą wadę - niemiłosiernie się osypuje! A przy pomalowaniu dolnych rzęs, robi pandę. Mini gąbeczka Blend it! też idzie już do kosza. W sumie od czerwca przestałam używać gąbeczek i przerzuciłam się na wklepywanie korektora palcami. Zostawiam Wam jeszcze wpis → PORÓWNANIE GĄBECZEK DO NAKŁADANIA MAKIJAŻU - BEAUTY BLENDER VS BLEND IT! KTÓRA JEST LEPSZA?. A na koniec do kosza lądują dwa lakiery hybrydowe Claresa, które się rozwarstwiły.

Co kupić w Tokio? Moje zakupy z Japonii i niespodzianka dla Was.

Co kupić w Tokio? Moje zakupy z Japonii i niespodzianka dla Was.

Zdaję sobie sprawę, że ten post zapowiadam już dwa miesiące. Sama nie mogę uwierzyć w to, że już tyle czasu minęło od powrotu do Polski. Po części blokowała mnie myśl, że gdy opublikuję ten post to będzie koniec... Koniec złudzeń, oglądania zdjęć, przeglądania przywiezionych pamiątek - będzie to zderzenie z rzeczywistością. Przygotowywanie wpisów z serii o Tokio będzie zamknięciem rozdziału z podróżą. 

Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi to na początku maja poleciałam na prawie dwa tygodnie do Tokio. Jeżeli minęła Was moja relacja na Insta Story to na spokojnie, jest ona zapisana i możecie sobie przejrzeć wszystko na spokojnie. 

Przed wylotem zrobiłam rozeznanie i przygotowałam sobie listę kosmetyków, które chciałabym przetestować. Zapisywałam nazwy produktów, marek, adresy sklepów, które chciałam zobaczyć. Patrycja z bloga Interendo zapowiadała, że napisze post, w którym pokaże swoje ulubione japońskie kosmetyki. Niestety opublikowała go praktycznie po moim przylocie :P 

Pakując swoją kosmetyczkę na wyjazd, wzięłam tylko trochę kolorówki. Większość produktów, w tym praktycznie całą pielęgnację chciałam kupić na miejscu. Przecież nie wiezie się drewna do lasu ;) Pewnie jesteście ciekawi jak Japonia wygląda cenowo w porównaniu do Polski. W tym poście odniosę się do cen kosmetyków. Najprościej, jeżeli widzicie ceny japońskich kosmetyków oferowanych przez polskich pośredników, to wiedźcie, że w Japonii kosztują przynajmniej 2/3 ceny mniej. Niemniej jednak kosmetycznie nie poszalałam jakoś wybitnie. Miałam też kilka próśb o przywiezienie konkretnych produktów, do tego prezenty, a bagaż ma ograniczoną pojemność i niestety wagę. Na marginesie mieliśmy kilka kilogramów nadbagażu, ale na szczęście udało się przylecieć bez większych problemów. Chciałabym, tak jak zapowiadałam na swoim Insta Story, zorganizować konkurs dla Was, ale o tym na końcu. Myślę, że nagrody przywiezione z drugiej części świata będą atrakcyjne.

Zaczynając maraton zdjęciowy (postanowiłam większość produktów przedstawić na pojedynczych fotografiach, by uniknąć później opisów "ten trzeci od lewej w górym prawym rogu") na pierwszy ogień idzie ochrona przeciwsłoneczna. Dla mnie koreańskie i japońskie kosmetyki kojarzą się właśnie z kremami i ogólnie produktami z wysokimi filtrami UV. Moje pierwsze kroki do japońskich drogerii były po to by znaleźć kremy z filtrami bez alkoholu etylowego w składzie. Powiem Wam, że nie było to łatwe, bo większość, w tym osławiony nawet w Polsce filtr marki Biore, ma alkohol wysoko w składzie. 


Bardzo długo szukałam Drogerii Rosemary, którą ostatecznie odwiedziłam dzień przed wylotem. To w niej znajdziemy japońską markę kosmetyków Evermere Cosmetics z bardzo dobrym składami. Kupiłam krem UV Moist Tec UV Gel SPF50+.  W tej samej drogerii można było znaleźć całą szafę marki Koh Gen Do. Zastanawiałam się nad podkładem, ale ostatecznie wyszłam z pudrem SPF 50+, który posiada ładny żółty odcień. Kupiłam jeszcze 2 inne filtry bez alkoholu w składzie Isehan Sunkiller Perfect Water Essence SPF50 oraz Curel Kao UV Lotion SPF50.


W Japonii można kupić dużo i bardzo dobrej jakości produktów do podkreślenia oka - eyelinery, tusze i rzęsy. Cienie do powiek z tego co sprawdzałam są słabo napigmentowane i przeważnie perłowe w dziennych kolorach. Zaopatrzyłam się w kilka modeli rzęs, kupiłam eyelinery, w tym ten uroczy z edycji Sailor Moon, a także w zachwalany przez Interendo tusz do rzęs Fasio. Tak na marginesie, zobaczcie jak pakowane są kosmetyki w Japonii. Nikt się do nich nie dobierze, od testowania są testery. Wiem, że to nieekologiczne, tyle plastiku, ale szlag mnie trafia, jak widzę w polskich drogeriach pootwierane kosmetyki!






Marka DHC była również na mojej liście zakupowej. Pooglądałam sobie wszystkie ich kosmetyki w salonie formowym w Shibuya i ostatecznie skusiłam się na ich bestseller czyli Deep Cleansing Oil. Olejek można kupić w standardowej szacie graficznej w opcji mini 70ml i dużej 200 ml. Mnie jednak przyciągnęła piękna limitowana edycja z Kubusiem Puchatkiem. 


Japończycy szaleją za wszystkimi postaciami z bajek. Na każdym rogu można zobaczyć kosmetyki, gadżety ubrania ze znanymi wizerunkami bohaterów Disney'a, Muminków czy ich własnych Anime. Nie mogłam się oprzeć temu mini mydełku, które tak nawiasem mówiąc ktoś mi od razu ukradł z tego silikonowego opakowania w Polsce :(


Na każdym rogu można kupić też kolorowe opakowania mask sheetów. Tak jak pisałam wyżej, nie ma bajkowej postaci, która nie miałaby swojego opakowania :) Robiłam małe rozeznanie wśród maseczek i w końcu zdecydowałam się siedmiopak LuLuLun Face Mask Balance Moisture.


Myślę, że mogę zdradzić, że piankę Shiseido Senka Speedy Perfect Whip, kupiłam z myślą o konkursie dla Was.


Kosmetyki do włosów Shiseido Tsubaki są chyba jednym z najbardziej rozpoznawalnym produktem Japonii. Zdecydowałam się na nową niebieską linię Silky straight and smooth przeznaczoną dla włosów suchych i zniszczonych. Skusiłam się też na złotą maskę Premium i czysty olejke Tsubaki czyli olejek z kamelii japońskiej.




Nie mogłam się oprzeć uroczym opakowaniom perfum w sztyfcie maki Vasilisa. Każdy zapach miał inne zwierzątko na opakowaniu. Lama mnie powaliła opakowaniem, ale lew jednak wygrał zapachem.


Pierwszym produktem, którego szukałam po przyjedzie to krem do mycia twarzy marki BCL AHA Wash Cleansing b. Tak jak pisałam nie miałam ze sobą większości kosmetyków i od razu chciałam zacząć testowanie japońskich produktów. Podobnie kupiłam krem pod oczy Sana Namerakahonpo Wrinkle Eye Cream.



Z Sana wzięłam jeszcze lotion Namerakahonpo Haritsuya Skin Lotion N oraz krem do twarzy Namerakahonpo Cream NA.


Nie obyło się też bez kultowego lotiony Hada Labo z kwasem hiaruanowym. W tym miejscu polecam Wam wpis Patrycji HADA LABO (JAPONIA) VS HADA LABO (RYNEK EUROPEJSKI). CZYLI CZY NA NASZYCH PÓŁKACH STOJĄ TE SAME PRODUKTY?


Dlaczego pokazuję płyn do higieny intymnej? Bo to kolejny przykład produktu, którego nie zabrałam z Polski. Nie wiedziałam jednak, że będzie z tym taki problem. A mianowicie dopiero w trzeciej drogerii udało mi się dostać tego typu kosmetyk i to made in Vietnam.


Z marki Biore wzięłam plastry na nos. Zaskoczyła mnie ilość tego typu produktów, były wszędzie, nawet w sklepach spożywczych. Z kosmetyków to tyle, teraz trochę gadżetów. Wzięłam trochę opakować maseczek w kapsułkach do zrobienia swoich mask sheetów.


Nie mogłam się oprzeć słodkim gąbką czy opaską na głowę. Wzięłam też gąbeczkę Konjac.


Silikonowe maski, które mają podtrzymywać maseczki w płachcie były bardzo popularne, wzięłam więc na próbę. Po ich nałożeniu wygląda się jak z horroru. Opakowania bibułek matujących wzięłam ze względu na piękne opakowania. Zabawne gadżetu musiały być - poniżej naklejki na deskę sedesową.


Duże pałeczki do mieszania zawartości garnka, timer do gotowania jajek czy maskotka na kabel do ładowania telefonu to tylko część dziwnych/śmiesznych rzeczy, które można zobaczyć w Japonii. Sama popłynęłam w sklepie papierniczym, gdzie zakupiłam sporo rzeczy do kaligrafii i pierdółek typu karteczki, naklejki. Przywiozłam również plecak i torebkę i parę innych rzeczy, ale nie będę Was tym zanudzać :)


Japonia to nie tylko kosmetyki czy gadżety, ale przede wszystkim jedzenie. Osobiście tak bym nazwała moją podróż - doznania kulinarne ;) Przywieźliśmy trochę smaczków w tym słodycze i herbaty.



Nie obyło się bez wizyty w Lush, co zaowocowało przywiezieniem dwóch kul do kąpieli, które pachną tak intensywnie, że cała przeszła tym zapachem. 


Tyle z relacji zakupowej. Planuję jeszcze napisać kilka ciekawostek z wyprawy do Japonii, w tym jak się przygotować i co Cię może zaskoczyć. 

A dla Was moi Drodzy Czytelnicy mam niespodziankę - chciałabym podarować zestaw kosmetyków i gadżetów z Japonii. Nagrody nie pokażę, ale tylko dlatego,  żeby osoba, która wygra miała większą niespodziankę. Czytając uważnie tekst, na pewno natrafiliście na wskazówkę ;) Pomyślałam, że jednocześnie ogłoszę konkurs na blogu i na Instagramie. 

Tutaj możecie zgłaszać się poprzez formularz Googla. 




Regulamin:
1. Organizatorem rozdania jest autor bloga nottooseriousblog.blogspot.com. 
2. Produkty są nowe i nieużywane.
3. Koszt wysyłki pokrywa organizator rozdania. Wysyłka tylko na terenie Polski.
4. Aby wziąć udział w rozdaniu należy być osoba pełnoletnią i wypełnić poprawnie formularz zgłoszeniowy.
5. Konkurs trwa od 19 lipca do 29 lipca 2018r. do 23:59, zgłoszenia wysyłane po terminie nie będą brane pod uwagę. 
6. Zwycięzca zostanie wybrany spośród poprawnych zgłoszeń. 
7. Wyniki rozdania zostaną ogłoszone na blogu wciągu 7 dni od daty zakończenia przyjmowania zgłoszeń. Zwycięzce poinformuję również mailowo o wygranej.
8. Czekam 3 dni na przesłanie mi danych do wysyłki. Jeśli nie dostanę odpowiedzi w podanym terminie, wybieram zwycięzce jeszcze raz.
9. Nagroda nie podlega wymianie na żadną inną ani na jej równoważność pieniężną. 
10. Organizator zastrzega sobie możliwość wprowadzenia zmian w regulaminie w wyjątkowych sytuacjach. 
11. Zgłoszenie do rozdania jest równoznaczne z zapoznaniem się i zaakceptowaniem niniejszego regulaminu oraz na przetwarzanie swoich danych osobowych tylko w celu wysłania nagrody.
12. Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz.U. z 2004 roku Nr 4 poz. 27 z późniejszymi zmianami).


Edit
Konkurs wygrywa @joyofjelly


THE BLOGGER MADE ME BUY IT, CZYLI CO KUPIŁAM Z POLECENIA  BLOGEREK część I

THE BLOGGER MADE ME BUY IT, CZYLI CO KUPIŁAM Z POLECENIA BLOGEREK część I


Można by powiedzieć, że większość jak nie wszystkie kosmetyki posiadam dzięki przeczytaniu o nich pozytywnej recenzji. Tak na prawdę nie była to jakaś tam przypadkowa opinia, lecz przewijające się co chwila zdjęcia na Instagramie, makijaże wykonywane konkretnymi produktami czy recenzje na blogach. Kiedy zewsząd słyszysz jaki to cudowny produkt i musisz go mieć to w końcu łamiesz się i idziesz go kupić. W większości z produktów muszę to przyznać, byłam i jestem zadowolona. Zdarzało się oczywiście i tak, że dany produkt mi nie podpasował. Tu trzeba podkreślić, że każdy z nas jest inny, ma inne potrzeby, preferencje itp. Mimo to warto jednak moim zdaniem sięgać po informację, jak dany produkt sprawdzał się u innych, poczytać o składzie, funkcji, a nawet opakowaniu.

Tak było i w moim przypadku. Zaprezentowane poniżej produkty posiadam dzięki napatrzeniu się na nie u innych :) Post podzieliłam na dwie części, żeby nie wyszedł z tego tasiemiec. 


Palety cieni do oczu

Nie zawiodłam się na poleceniu mi tych palet. Oczywiście nie wszystkie kolory cieni używam jednakowo, jednak ich jakość jest bardzo wysoka. Matowe cienie z THEBALM są niesamowicie napigmentowane. Cienie Zoevy również są niczego sobie jednak dla mnie są w nich cienie bardziej i mniej napigmentowane. W zestawieniu Naturally Yours i En Taupe, to ta pierwsza jest bardziej używana. W En Taupe jak na pierwszy rzut oka byłam oczarowana kolorami, to makijaży wykonany tylko tą paletką jest mało wyraźny. Kolory zlewają się ze sobą, a maty są słabo napigemntowane.

Pędzle do makijażu

Jeżeli były już cienie to teraz czas na pędzle. Przed założeniem bloga, cienie nakładałam palcami, bo pacynek, które czasem dołączane są do palet nie znosiłam. Blendowanie było dla mnie słowem, które kojarzyłam tylko z robotem kuchennym i nic mi więcej nie mówiło. Od momentu zagłębienia się w tajniki makijażu wiem, że dobry pędzel może zdziałać cuda na powiece. Pierwszymi pędzlami były Hakuro, potem droższe Zoevy, a teraz wiem, że mistrzowskie są te z MBrush.


Szczotka do włosów

Byłam bardzo sceptycznie nastawiona do szczotki Tanglee Teezer. Nie rozumiałam jak kawałek plastiku może kosztować (wtedy) ponad pięćdziesiąt złotych. Co chwilę jednak słyszałam ochy i achy na jej temat i jak ona to cudownie rozczesuje mokre włosy. Rozczesywanie moich mokrych, wtedy jeszcze długich włosów to była istna katorga.  Plątały się nie miłosiernie, każde pociągnięcie grzebieniem czy szczotką wiązało się z wyrwaniem garści włosów. Skusiłam się i na promocji kupiłam podstawową wersją Tanglee Teezer i to był przełom. Niczym innym nie rozczesuje swoich włosów, nic mnie nie kudli, nie wyrywa włosów, nie rani skóry głowy. Nabyłam również kompaktową wersję szczotki i porównując ją z klasyczną, to ta druga dla mnie wygrywa. Mimo, że kompaktowa wersja prezentuje się bardziej elegancko, ma zamknięcie na ząbki i jest mniejsza, to wersja klasyczna jest dużo lżejsza oraz dla mnie przynajmniej bardziej poręczna. 

Zagraniczne kosmetyki niedostępne w Polsce

Do tej grupy szczególnie przyczyniły się polecenia innych blogerek. Bo jak kosmetyki dostępne w Polsce są reklamowane w prasie czy innych mediach i łatwo się na nie natknąć, tak o kosmetykach zagranicznych dowiaduje się jedynie z recenzji innych blogerek. Takim przykładem jest marka LUSH, w której asortymencie znajdziemy m.in. pięknie pachnące kule do kąpieli, mydła, świeże maseczki do twarzy, szampony w kostce i wiele innych ciekawych produktów. Jeżeli jesteście ciekawi jak wygląda salon LUSH to opisałam swój pobyt w salonie w Londynie w tym poście → LUSH! ZABIERAM WAS DO SALONU W LONDYNIE


Najlepszy tusz do rzęs i najlepsza marka kosmetyczna.

Tusz do rzęs L'oreal So Couture to dla mnie odkrycie kosmetyczne. Najlepsza maskara z którą moje rzęsy bardzo się polubiły. Próbowałam wielu tuszów i tych drogeryjnych i wysoko-półkowych i póki co nie znalazłam lepszego. Cieszę się, że wypróbowałam go, właśnie z polecenia innych blogerek. Jeżeli miałabym wykonać cały makijaż jedną marką, to bez wachania wybrałabym Golden Rose. Nie zaliczyłabym jej do typowo drogeryjnej szufladki, bo jednak mają swoje stoiska - podobnie jak Inglot, KIKO czy Paese. Stosunek jakości produktów do ich ceny jest bardzo zadawalający. Uwielbiam ich matowe pomadki czy to klasyczne, w kredce, w płynie.

Ładnie wyglądające kosmetyki


Takich kosmetyków jest całe mnóstwo. Taka prawda, że ładne opakowanie "robi robotę" i przyciąga wzrok i woła do nas "musisz mnie mieć". Jestem wzrokowcem i ładnym opakowanie można mnie łatwo kupić. Oczywiście przede wszystkim musi to być dobry produkt, który jest dopasowany do moich potrzeb, jednak bywa z tym różnie. Często chęć poznawania czegoś nowego zwycięża. W tej kategorii swoje miejsce może znaleźć sztyft ochronny do ust EOS. Słodkie jajeczko, które opanowało internet swoim jajeczkowatym kształtem i pastelowymi kolorami. Poległam i musiałam wypróbować - osobiście jestem z nich bardzo zadowolona. Zarzucić im można wysoką cenę, bo spotkałam się z cenami ponad 25zł, osobiście zrobiłam zapas podczas Rossmannowych wyprzedaży i kupiłam je za około 12zł.


Nie da się ukryć, że blogerki kuszą pokazując coraz to nowsze produkty na swoich blogach, social mediach. Napatrzy się człowiek i potem odruchowo wrzuca do koszyka, bo przecież trzeba to mieć, skoro tyle dobrego się o tym naczytał. Ze swojego doświadczenia wiem, że o wielu produktach nie dowiedziałabym się w ogóle, gdyby właśnie nie blogi. Sporo fajnych kosmetyków jest dostępnych w dużej mierze on-line i nie tak łatwo zdobyć je stacjonarnie. Po przeczytaniu opinii o nowym produkcie, przeanalizowaniu składu, stwierdzam, że chciałabym go wypróbować. Wiadomo, niezawsze jest tak, że skoro u kogoś produkt się sprawdził to i u mnie musi być hitem, ale o tym już w następnej części :)
Które kule do kąpieli polecam? Zestawienie wypróbowanych przeze mnie marek - LUSH, Bomb Cosmetics, Sweet Bath, MDM

Które kule do kąpieli polecam? Zestawienie wypróbowanych przeze mnie marek - LUSH, Bomb Cosmetics, Sweet Bath, MDM

Kule do kąpieli są teoretycznie zbędnym produktem, w takim sensie, że przecież spokojnie umyjemy się żelem pod prysznic. Rach ciach, szybka sprawa, problem z głowy, jesteśmy umyci.  Zaoszczędzony  czas, pieniądze, woda. Oczywiście, ale przychodzi taki moment kiedy po ciężkim dniu, treningu ma się ochotę wyłożyć w ciepłej, pachnącej kąpieli. Wtedy z pomocą przychodzą kąpielowe umilacze. Małe i niepozorne lub kolorowe, przyciągające wzrok, cudnie pachnące kule do kąpieli. Napakowane olejkami, drobinkami, płatkami kwiatów, które po zanurzeniu w wodzie zmieniają jej kolor i często tworzą gęstą pianę. 

Przerobiłam już kilka produktów do kąpieli, chciałabym więc pokrótce opisać jak się sprawdziły, co o nich sądzę i po które sięgnę jeszcze raz.

Ministerstwo Dobrego Mydła

W ich asortymencie znajdziemy półkule do kąpieli. Ich waga to około 60g. Cena 5,50zł sztuka.


Pakowane są w biały papier na który naklejana jest informacja o produkcie. Dotychczas wypróbowałam półkulę:
  • czekoladową
  • różaną z glinką francuską
  • nagietkową


Małe niepozorne półkule, a po wrzuceniu do wanny sprawiły, że w całej łazience pięknie pachniało. Szczególnie wersja czekoladowa przypadła mi do gustu pod względem zapachu. Kule nie wytwarzają piany, ale natłuszczają wodę i wersja różana i nagietkowa dodatkowo zawierają płatki kwiatów. Półkule zawierają Masło Shea, olejki przez co skóra po kąpieli jest bardzo nawilżona i praktycznie nie trzeba jej już natłuszczać dodatkowo.



Bomb Cosmetics

Maiłam wersję Morning Sunshine. Jej waga 160g. Cena około 14zł sztuka.


Pięknie wyglądająca kula, która zapowiadała się bardzo dobrze. Po odpakowaniu zapach był lekko cytrusowy, ale po wrzuceniu do wody zapach stał się mniej przyjemny. Kula zabarwiła wodę na żółty kolor i całość kojarzyła mi się z basenem do którego ktoś nasikał. Mało przyjemnie wspominam tą kąpiel. Co do efektu nawilżenia to nie był jakieś spektakularny.



BOMB COSMETICS


Dziubek. Jego waga to 50. Cena to ok. 10zł.

Jak kula opisywana powyżej średnio przypadła mi do gustu, tak biało niebieska babeczka z dziubkiem już bardziej. Przyjemny owocowy zapach, woda zabarwiona na lekko niebieski kolor. Skóra była faktycznie nawilżona po kąpieli. 


SWEET BATH


Markiza do kąpieli. Jej waga to ok. 30g. Cena 1 sztuki to 3zł, pakowana po 5 sztuk.

Mała niepozorna, ciesząca oko. Tak w skrócie. Po wrzuceniu do wanny musuje i wypełnia łazienkę łanym zapachem. Mimo małego rozmiaru, nawilża skórę.


Mała kula z płatkami róż jest niestety niezidentyfikowanej marki. Niestety płatki róż zalegają na ściankach wanny i trudno jest je usunąć.



LUSH


Think Pink Bath Bomb 90g kosztuje $5,25 lub 119Kč
Kula zabarwia wodę na różowo, przyjemnie pachnie, lekko słodkawo. Cała łazienka w czasie kąpieli wypełniona jest pięknym zapachem.


Avobath 180g kosztuje £3,50 lub 139Kč
Przyjemny lekki zapach, zabarwiona woda na miętowo. Nawilżenie skóry było wyczuwalne. Kula po wrzuceniu do wody, bardzo szybko musuje.


Comforter, 200g kosztuje £4,95 lub 165Kč

Mój absolutny faworyt wśród zapachów. Wystarczy wrzucić kawałek i w całej łazience pięknie pachnie. Miałam już dwa razy Comfortera i za każdym razem dzieliłam ją przynajmniej na trzy części. Zabarwia wodę na intensywnie różowy kolor, wytwarza pianę i pachnie słodko. Skóra jest nawilżona, ale dla mnie nie jest to tak bardzo intensywnie jak przy półkulach MDM.


Podsumowując, pod względem zapachu moim największym faworytem są kule z LUSH, szczególnie wersja Comforter, która dodatkowo tworzy pianę. Niestety przez wzgląd na utrudnioną dostępność - nie ma ich stacjonarnie w Polsce, nie mogę się w nie zaopatrywać. Dostaniemy je np. w Londynie, Berlinie czy Pradze.  Poza tym w tym zestawieniu są również najdroższe. Jeżeli chodzi o bardzo dobre nawilżenie skóry po kapieli to Ministerstwo Dobrego Mydła wychodzi na prowadzenie. Chętnie sprawdzę jeszcze produkty Sweet Bath, które wizualnie bardzo się wyróżniają. Z Bomb Cosmetics można trafić na fajny produkt jaki i się rozczarować, a za tą cenę można znaleźć coś fajniejszego.

Copyright © 2014 Not Too Serious Blog , Blogger
Icons made by Freepik from www.flaticon.com is licensed by CC 3.0 BY